|
SPIS TREŚCI
Słowo od tłumacza
Przedmowa do francuskiego wydania
Odpowiedź
ROZDZIAŁ I
Urodzenie i młodość Hermana
ROZDZIAŁ
II
Artysta.
ROZDZIAŁ
III
Zwycięstwo łaski
ROZDZIAŁ
IV
Neofita
ROZDZIAŁ V
Powołanie
ROZDZIAŁ
VI
Nowicjat.
ROZDZIAŁ
VII
Pierwsze nawrócenia.
ROZDZIAŁ
VIII
Pierwsze prace apostolskie
ROZDZIAŁ
IX
Klasztor w Bagnères
ROZDZIAŁ X
Święta Pustynia
ROZDZIAŁ
XI
Rodzina Ojca Augustyna
ROZDZIAŁ XII
Fundacja w Lyonie
ROZDZIAŁ XIII
Fundacja w Londynie
ROZDZIAŁ XIV
O. Augustyn w Świętej Pustyni
ROZDZIAŁ XV
Gorliwość O. Augustyna o zbawienie dusz
ROZDZIAŁ XVI
Apostoł Eucharystii
ROZDZIAŁ XVII
Nabożeństwo do Najświętszej Panny i Świętych. Miłość dla Kościoła
ROZDZIAŁ XVIII
Cnoty O. Augustyna
ROZDZIAŁ XIX
Ostatnie prace i śmierć Ojca Augustyna
DODATEK
Wiązanka rad duchownych wyjętych z listów Ojca Hermana
Linki: Herman Cohen
KONWERTYCI NARODU ŻYDOWSKIEGO
w karmelu terezjańskim
|

Fundacja w Lyonie
Jedna z najpracowitszych
fundacji, w której brał udział O. Augustyn, była w mieście Lyonie.
Już od roku 1855 zaczęła być o niej mowa; głównie za inicjatywą
Sióstr Miłosierdzia, które wystarały się o kaznodziei z Zakonu
Karmelitów i ułatwiły im stosunki z dwoma hojnymi dobrodziejkami. W
roku 1857 prowincjał O. Karmelitów Ojciec Dominik, przybywszy do
Lyonu podczas Wielkiego Postu i dowiedziawszy się, że już uzbierano
kilkadziesiąt tysięcy, bądź z darów owych dobrodziejek, bądź drogą
składek, zaczął traktować z władzami wojskowymi o odkupienie dawnej
posiadłości Karmelitów – fundacji z r. 1619 – zamienionej po
rewolucji na koszary. Ugoda stanęła za cenę 145.000 franków, pod
warunkiem jednak, że biskup-kardynał Lyonu J. E. ks. de Bonald,
potwierdzi zamiar wprowadzenia Karmelitów bosych do swego miasta.
Biskup był wówczas nieobecny; w Lipcu tegoż roku, gdy O. Augustyn w
imieniu swego Zakonu prosił go o potrzebne zezwolenie, spotkał się z
odmową. Czasy bowiem były ciężkie, rząd nieprzychylnie patrzał na
zakony i wydał był właśnie rozkazy prefektom miast, aby nie
przyjmować Zgromadzeń politycznie niepotwierdzonych. Rada biskupia
dzieliła zdanie kardynała i zdawało się, iż pomimo rozpoczętych
układów trzeba będzie odstąpić od projektu wprowadzenia się do
Lyonu. Tymczasem drobna na pozór okoliczność wszystko ułatwiła. W
dzień św. Wincentego a Paulo gazeta urzędowa umieściła wiadomość, iż
Karmelici powracają do swej dawnej siedziby w Lyonie i wyraziła stąd
życzliwe uczucia zadowolenia. Przeczytawszy to prezydent miasta,
winszował kardynałowi, iż sprowadza tak zacnych i lubianych
zakonników; co słysząc Jego Eminencja, cofnął swój zakaz i nie mając
już powodu obawiać się opozycji rządu, napisał zaraz do. O.
Augustyna, iż chętnie daje żądane upoważnienie na rok 1860.
Tymczasem O. Dominik
zamianowany definitorem generalnym Zakonu, złożył urząd prowincjała
w ręce O. Franciszka, na kapitule generalnej 1858 r. Następnej
wiosny nowy prowincjał, zabrawszy ze sobą O. Augustyna, pojechał do
Lyonu obejrzeć pokarmelitańskie budynki, z których już wojsko
wyprowadzało się, przysyłając wezwanie do spłaty według warunków
kontraktu. Zastali gmach cały wraz z kościołem w stanie prawdziwie
opłakanym, brud, ruina, nieporządek nie dający się wyrazić. Przystęp
do kościoła utrudniony ulicą górzystą, źle brukowaną; okolice
klasztoru zamieszkane przez ludność najgorszego rodzaju. Próbowano
odsprzedać posiadłość, ale na próżno. Nie było rady, w Sierpniu 1859
r. podpisano ostatecznie ugodę i. zapłacono pierwszą ratę, a
prowincjał odjeżdżając, powierzył Ojcu Augustynowi ciężkie zadanie
oczyszczenia ogromnego gmachu i przyprowadzenie do możliwego stanu
zamieszkania. Zaledwie dostał klucze od koszar, Ojciec Augustyn
wziął się do dzieła. Żaden opis nie może dać pojęcia o tym, co się
wewnątrz tych murów działo. Z kościoła wojska powynosiły, cokolwiek
się wynieść dało, a resztę oszpeciły i zniszczyły prawdziwie po
wandalsku. Ściany klasztoru pokryte były obrzydliwymi napisami i
wierszami. Po podwórzach ogromne doły napełnione nieczystościami, od
30-tu lat gromadzącymi się bez przeszkody. Połowa dachów zniszczona,
prawie wszędzie okna wybite i deszcz, wiatr, zawierucha
gospodarowały swobodnie po pokojach.
O. Augustyn wziął się najprzód
do kościoła, pragnął jak najprędzej oddać Panu nad Pany
zbezczeszczoną świątynię Jego, mało go obchodziło, gdzie on i
przysłani mu zakonnicy umieszczą się, byle Jezus zamieszkał jak
najprędzej w ołtarzu i odbierał tam hołdy sobie należne. I
rzeczywiście, usiłowania gorliwego naszego Ojca zostały uwieńczone
nader prędkim skutkiem, gdyż we trzy tygodnie po wzięciu gmachu
pokarmelickiego w posiadanie kościół już był oczyszczony i na tyle
odnowiony, iż można było przystąpić do poświęcenia go i wprowadzenia
Najśw. Sakramentu. Uroczystość ta odbyła się 8 Września 1859 r. i
wszyscy zauważyli, z jaką radością po poświęceniu kościoła O.
Augustyn sam zapalił lampkę, mającą odtąd dzień i noc płonąć przed
Bogiem utajonym, jedynym przedmiotem jego miłości.
Zakonnicy umieścili się jak bądź w
odległej i trochę lepiej zachowanej części klasztoru i przez jakiś
czas utrzymywali się tylko z jałmużny. Jak to często bywa, najubożsi
najchętniej przybywali z pomocą i najłatwiej odgadywali potrzeby
sług bożych. Zaraz pierwszego dnia osiedlenia się Karmelitów
przełożona Sióstr św. Józefa przyniosła osobiście wraz z jedną
siostrą w chwili, gdy biła godzina obiadowa, przysposobione porcje
zakonników, którzy zasiedli do stołu, błogosławiąc Bogu dającemu
miłosierne natchnienie osobom zupełnie im nieznanym. Nie tylko zaś
te poczciwe Siostry myślały odtąd o materialnych potrzebach
Karmelitów, ale zaopatrzyły ołtarze Matki Boskiej Szkaplerznej i św.
Józefa we wszystkie ozdoby i sprzęty konieczne do nabożeństwa, a
czego dać nie mogły, tego chętnie pożyczały. Zarówno i Karmelitanki
Lyońskie i wiele dusz pobożnych a skromnych przychodziły z pomocą
powstającej fundacji; z rozrzewnieniem O. Augustyn wymienia tych
ukrytych dobrodziejów w domowej kronice Zakonu, dodając, że
Aniołowie Pańscy niewątpliwie zapisali w księdze żywota ich imiona i
miłosierne uczynki.
Obok fabryki i modlitwy w
chórze dwaj Ojcowie poświęcali wiele czasu pracy apostolskiej.
Wierni tak garnęli się do konfesjonałów w nowym kościele, iż musiano
pisać do O. prowincjała o przysłanie kilku zakonników więcej.
Dzień św. Teresy, 15
października, postanowił O. Augustyn obchodzić jak najuroczyściej;
do uczestnictwa w nabożeństwie zaprosił wszystkie Zakony męskie z
miasta, i tak, sumę śpiewał superior jezuitów, asystowali mu jako
diakon dominikanin, a jako subdiakon kapucyn; kazania również były
podzielone, a w refektarzu zakonnicy pięciu odmiennych reguł
zasiedli przy jednym stole. Ten zwyczaj przechował się aż do dziś
dnia w domu Karmelitów w Lyonie: uroczystość św. Teresy ścieśnią
rokrocznie węzły braterskiej miłości między sługami bożymi.
Dzień św. Jana od Krzyża – 24
listopada – był także obchodzony z okazałością, a kardynał de Bonald
przyszedł tego dnia po raz pierwszy celebrować w nowo odzyskanym
kościele.
Nadeszła zima. W źle
zaopatrzonym domu wśród fabryki, w niewygodzie i w zimnych murach
zdrowie zakonników – było już ich sześciu czy siedmiu – tak
ucierpiało, iż wszyscy niemal jednocześnie musieli się położyć. O.
Augustyn, który najmniej się oszczędzał, najciężej też prace i
umartwienia przepłacił, ale ta próba nie zniechęcała go, owszem
cieszyła i widział w niej zadatek powodzenia w pracy ku chwale
bożej. „Aby ziarno wydało plon – mawiał – trzeba, iżby zginęło
niemal pod śniegiem zimowym, głęboko w ziemi pogrzebane. I my teraz
powaleni chorobą, udręczeni trudnościami, przebywamy czas próby i
upokorzenia; stąd nadzieja, że Pan żniwa zechce się nami posłużyć
jak dobrem ziarnem i małe żniwo tu sobie gotuje!"
Bóg zresztą nie pozbawiał sług
swoich pociechy, a w pracy dla dusz znajdowali Ojcowie obfite
wynagrodzenie za trudy i niewygody osobiste. O. Augustyn, który z
tytułem „wikarego" spełniał zadanie przeora gromadki zakonnej,
zaprowadził był zaraz na wstępie tercjarstwo karmelitańskie, do
którego coraz więcej członków się zgłaszało; zgromadzał ich w
naznaczone dni regularnie i zachęcał słowem i wymownym przykładem do
życia pobożnego.
Widzieliśmy w ciągu tego
opowiadania, jaką miłością pałało serce O. Augustyna ku Boskiej
Tajemnicy Ołtarza. Wszystko co czynił, aby Panu za ten dar niepojęty
okazać swą wdzięczność, zaprowadzenie nocnych Adoracji, kazania,
osobiste modlitwy i ofiary, wszystko wydawało mu się niczym i marzył
o czymś więcej. Jak wszystkie dusze szlachetne czuł potrzebę
dziękowania nieustannego Bogu i za Eucharystię, i za mnóstwo innych
łask zlewanych na świat. Bo rzeczywiście, mało dziękczynień wznosi
się z ziemi do nieba! wiele dusz ucieka się do Dawcy dóbr wszelkich
w potrzebach swoich, a mało odebrawszy to, o co prosiły, i
odbierając ciągle mnóstwo dobrodziejstw, o które nie proszą, mało
wdzięcznym sercem zwraca się do Boga, podobne w tym do trędowatych w
ewangelii, z których na dziesięciu uzdrowionych jeden tylko
przyszedł złożyć dzięki Temu, co go uzdrowił. Gorące serce O.
Augustyna bolało nad tym brakiem wdzięczności względem Boga,
zapragnął więc założyć bractwo, którego jedynym celem byłoby
dziękczynienie, dziękczynienie za wszystkie dobrodziejstwa, które
obfitym strumieniem Bóg zlewa na świat, ale przede wszystkim za dar
nad dary za „Słowo, które się stało Ciałem" i które „mieszka między
nami"; dziękczynienie za siebie, ale i za tych, którzy nigdy nie
dziękują; - dziękczynienie ciągłe, nieustające, jako nieustające są
dary i łaski boże, tak doczesne jak i duchowne, którymi Stwórca
obdarza swe stworzenia.
Projektem swym podzielił się
O. Augustyn z ks. Vianney, świętym proboszczem z Ars, i spotkał się
z gorącem uznaniem tak pięknej myśli. Wobec licznego grona słuchaczy
wspomniał o niej i z kazalnicy w kościele św. Klotyldy w Paryżu.
Wreszcie z początkiem 1859 r. pojechał do Rzymu przedstawić ten
projekt Ojcu św. i prosić o odpusty dla przyszłego bractwa.
Pius IX. serdecznie
pobłogosławił zamiarom pobożnego Karmelity, ale gdy spojrzał na
długi spis odpustów, o które O. Augustyn prosił, zawołał z
uśmiechem:
„Ależ Ojcze! żądasz ode mnie połowy
nieba!"
„Ojcze Święty, masz od niego klucze!"
„Tak, ale aby je zamykać niekiedy!" –
ze smutkiem odrzekł papież, potwierdzając jednak żądane odpusty.
15 grudnia 1859 r. kardynał de
Bonald zaprowadzał kanonicznie bractwo dziękczynienia w kościele
Karmelitów w Lyonie. 10 Lutego 1860 r. Pius IX. podpisywał breve
potwierdzające bractwo, wzbogacając je licznymi odpustami i
dozwalając przewodniczącemu zakładanie bractw dziękczynienia po
całej Francji; ten przywilej podnosił to Stowarzyszenie do
Arcybractwa.
Członkowie nie mają innego
obowiązku jak odmawianie codziennie Trzech Ojcze nasz, Zdrowaś
Maryja i Chwała Ojcu, dziękczynne za łaski odebrane. W drugie
czwartki każdego miesiąca O. Augustyn zgromadzał członków, odprawiał
dla nich Mszę świętą z Wystawieniem, miał przemowę i
błogosławieństwo Najśw. Sakramentem.
Kilka miast prosiło niebawem o
agregację do bractwa dziękczynienia; Bóg widocznie błogosławił je,
gdyż w krótkim czasie 20.000 osób doń należało.
Tymczasem fundacja w Lyonie
pięknie się rozwijała. Pomimo trudnego przystępu do kościoła, wierni
coraz liczniej się w nim zbierali, a we Święta Bożego Narodzenia, na
pasterce, świątynia była przepełnioną. Opisując w kronice domowej te
trudne początki fundacji lyońskiej, Ojciec Augustyn kończy tymi
słowy: „Nie trzeba pominąć udziału, jaki proboszcz z Ars miał przy
założeniu domu naszego w Lyonie. Zanim został otwartym,
przepowiedział, iż wiele tu będzie zrobione dla chwały bożej;
zachęcał, oświecał tego, któremu powierzono pierwsze kroki fundacji,
przysyłał często do naszych konfesjonałów swych penitentów; często
prywatnie i publicznie mówił z uznaniem o naszym Zakonie i mamy
wielką ufność, iż w niebie nami się opiekuje i wyprasza nowe
błogosławieństwa u Jezusa, Maryi, Józefa i Teresy. Amen".
Nie wiemy dokładnie, kiedy O.
Augustyn był w Ars, ale jest niezawodnym, iż kilka razy odprawiał tę
pobożną pielgrzymkę. Można jednak łatwo sobie wystawić, z jakiem
uczuciem te dwie piękne dusze się spotykały! „Nigdy nie zapomnę –
pisze naoczny świadek – jakie to były pomiędzy nimi ubiegania się o
większą pokorę, miłość, jakie pobożne uniesienia, jaka łączność
nadnaturalna pomimo charakterów tak odmiennych". Gdy po raz pierwszy
zjawił się O. Augustyn w Ars, proboszcz chciał, aby na jego miejscu
miał niedzielne kazanie, oczywiście, że gość nie chciał przyjąć
zaproszenia, ale na usilne nalegania obiecał po kazaniu świętego
proboszcza przemówić słów parę. Ks. Vianney zapowiedział to
parafianom w ten sposób: "Był pewnego razu święty, który miał
wielkie pragnienie usłyszeć, jak śpiewała Matka Boska. Pan Bóg,
który chętnie zgadza się na prośby swych sług, udzielił mu tej
łaski. Stanęła przed nim piękna pani i zaczęła śpiewać. Święty
upojony cudownymi dźwiękami, zawołał: „Dosyć, Pani święta, bo umrę,
jak dłużej śpiewać będziesz." Na to usłyszał słowa: „Nie spiesz się
tak z podziwianiem, bo coś dotąd usłyszał, niczym jest. Ja jestem
dziewicą Katarzyną, a teraz dopiero usłyszysz Najśw. Pannę". – I
rzeczywiście Matka Boska zaśpiewała, a śpiew jej był tak piękny tak
cudny, że święty uniesiony niebiańską rozkoszą, słodko zasnął na
wieki. Otóż moje dzieci, to samo dziś tu będzie; słyszeliście św.
Katarzynę, teraz usłyszycie Matkę Boską".
W Maju 1860, na kapitule
prowincjalnej, O. Augustyn został zamianowanym przeorem domu
lyońskiego, do którego też został przydzielony nowicjat. Ale tyle
trudów i pracy wyczerpało zasób sił nowego przeora i wysłanym został
przez lekarzy na kurację do Divonne. Nie długo jednak trwał
wypoczynek; już święto Bożego Ciała obchodzi O. Augustyn w Lyonie i
urządza wspaniałą procesję, do której położenie kościoła nieco na
podwyższeniu i z terassą wokoło wybornie się nadaje. 16 Lipca
zaprowadza w swym kościele bractwo Szkaplerza świętego.
W ciągu dwudziestoletniej
pracy apostolskiej Ojca Augustyna P. Bóg przysyłał mu wiele dusz
zbłąkanych, które nie mogąc oprzeć się gorliwości konwertyty, za
głosem jego wracały licznie do prawdziwej owczarni. Na czas pobytu w
Lyonie przypada znaczną liczba takich nawróceń; wspomnimy tu o kilku
znaczniejszych:
P. Baumann był w owym czasie sławnym
artystą na skrzypcach i prowadził ten rodzaj życia, co Herman przed
nawróceniem, Gdy ciężko zachorował, osoby otaczające go pragnęły,
aby się pojednał z Bogiem, i prosiły usilnie, aby zechciał księdza
widzieć. Wszystkie jednak namowy były bezskuteczne. Wreszcie, aby
się pozbyć natrętów, chory zawołał: „Jeśli już koniecznie chcecie,
abym księdza widział, sprowadźcie mi O. Hermana, będziemy mówić o
muzyce". W parę godzin potem O. Augustyn był przy łożu chorego, a
wesołością, miłą rozmową i tym dziwnym wpływem, jaki wywierał, tak
umiał ująć sobie artystę, iż go w końcu do spowiedzi nakłonił.
Baumann wyznał swe winy przed kapłanem z oznakami głębokiego żalu,
przyjął Komunię św., a kardynał de Bonald przybył na prośbę O.
Augustyna udzielić mu Sakramentu bierzmowania. Chcąc choć w części
naprawić dawne zgorszenia, chory artysta zaprosił na tę ceremonię
swych przyjaciół i towarzyszy lekkiego życia, aby przykład
chrześcijańskiej śmierci i ich do nawrócenia się doprowadził. Umarł
w kilka dni potem, a konając, mówił do O. Augustyna z uśmiechem:
„Jak pięknie będziemy w niebie śpiewać Te Deum!"
Inny artysta, bardzo znany ze
znakomitego talentu i gorszącego życia, mieszkał wówczas w Lyonie, i
słysząc nieraz o Hermanie pianiście i konwertycie, rzekł raz do
pewnej pani: „Jakżebym chciał poznać tego dziwnego człowieka! nie
pojmuję, jak można mieć odwagę porzucić upajające rozkosze życia
artysty!"
Pobożna osoba, do której te słowa były
zwrócone, zachęciła Jerzego Hainl, aby odwiedził Ojca Augustyna,
dodając, że niezawodnie będzie dobrze przyjętym. Zaledwie artysta
dał obietnicę, iż pójdzie za tą radą, jął słów swoich żałować, ale
że O. Augustyna przestrzeżono, nie mógł się cofnąć. Dowiedział się
przypadkiem, że przeor Karmelitów co środę chodził spowiadać po
południu pewne zakonnice, obiera więc tę chwilę, aby kartę złożyć.
Dzwoni do furty klasztornej, a wpuszczony na podwórze, spotyka
jakiegoś zakonnika: „Czy jest O. Herman w domu?" – pyta, wyciągając
kartę. Zakonnik zatapia w niego badawcze spojrzenie: „O. Herman to
ja jestem, a pan, to Jerzy Hainl?"
Bóg dopuścił, że coś
przeszkodziło tego dnia Ojcu Augustynowi do wyjazdu i. artysta chcąc
nie chcąc musiał iść na rozmowę z tym zakonnikiem, który w nim
wzbudzał tyle podziwu, ile trwogi... Rozmowa trwała długo, kilka
godzin. W parę dni potem widziano artystę Hainl'a przystępującego z
budującym nabożeństwem do Komunii św.; wkrótce zaś potem wchodził w
związki małżeńskie z panienką zacną i pobożną, która miała być
Aniołem Stróżem nowego życia, jakie odtąd prowadził.
Inne jeszcze nawrócenie
wielkie w Lyonie zrobiło wrażenie. Pani A. była osobą
najpospolitszego rozumu, ale straciwszy wiarę, bawiła się filozofią
i przy każdej sposobności głosiła wolnomyślne przekonania. Pod
pozorną swobodą i wesołością krył się jednak w jej sercu niepokój i
szukanie wyjścia z bolesnych walk wewnętrznych. Zapragnęła widzieć
Ojca Lacordaire'a, ale z rozmowy z sławnym kaznodzieją wyszła tak
mało przekonaną, jak przedtem. Z ciekawości poszła na kazanie O.
Hermana. Mówił p ukochanym swym przedmiocie, o Eucharystii, i Bóg
dozwolił, że słowa jego przeszyły grotem serce filozofki; zapłakała
nad swymi błędami, uklękła przy konfesjonale i została najgorliwszą
z penitentek O. Augustyna.
Niepodobna opowiedzieć wszystkie
zdobycze żarliwego apostoła, często mniej świetne w oczach świata,
ale równie miłe w oczach Boga. To uboga panienka Niemka, którą do
kościoła katolickiego wprowadza; to zatwardziały grzesznik w
szpitalu, którego z Bogiem jedna; to skazani na śmierć, których
spowiada i do szkaplerza przyjmuje; to znów dziewczyna głuchoniema
protestantka, którą z największym trudem i cierpliwością nawraca.
Baz wołają go do umierającej kobiety, zestarzałej w grzechu i
odpędzającej księży. Na widok O. Augustyna woła:
„Ja nie chcę się spowiadać!"
„Ale któż pani mówi o spowiedzi! –
odpowiada Ojciec, siada przy łóżku i po pół godzinie odchodzi
mówiąc:
"Za parę dni przyniosę pani Pana
Jezusa". I rzeczywiście grzesznica umarła w uczuciach skruchy,
posilona Chlebem żywota.
O. Augustyn był niezmiernie
kochany przez ludność miasta Lyonu; gdy szedł ulicą, co krok prawie
zatrzymywano go i często ludzie prości padali na kolana prosząc go o
błogosławieństwo. Dla pokory zakonnika było to prawdziwą męczarnią,
a nie mogąc się obronić, postanowił prawie nigdy piechotą nie
wychodzić. Z tego powodu zdarzyła się razu pewnego okoliczność,
która najlepiej pokazuje, jak O. Augustyn był popularnym: Mając
kilka koniecznych interesów załatwić, wziął na kilka godzin dorożkę
i objechał znaczną część miasta. Powróciwszy do klasztoru, chce
płacić dorożkarza, a ten woła: „Jeszcze by mi Ojciec płacił za
zaszczyt, jaki mi zrobił, jeżdżąc moim powozem? nie, nigdy! niech mi
Ojciec da błogosławieństwo, a dość będzie zapłaty!" – I trzeba było
ustąpić; poczciwy człowiek nic przyjąć nie chciał oprócz
błogosławieństwa ukochanego Ojca.
W czasie wielkiego postu 1862
r. takie mnóstwo osób chodziło na kazania pasyjne O. Augustyna, iż
magistrat miejski widział się zmuszonym uprzystępnić kościół
karmelicki, budując szeroką ulicę i lepsze schody prowadzące na
wzgórze. To był początek upiększenia tej części miasta.
Powodzenie u ludzi i hołdy nie
są pociągające dla dusz świętych i pokornych. O. Augustyn zląkł się
swej popularności i bojąc się, aby własna dusza na tym szkody nie
poniosła, napisał do O. Generała z prośbą o odwołanie go z Lyonu.
Prosił o misje zagraniczne w Indiach, ale przełożeni użyli go na
innym polu, na pięknej a od kilku wieków odłogiem leżącej niwie.

Fundacja w Londynie
Rok 1862 liczy się do
najchwalebniejszych w pamiętnym panowaniu Piusa IX. ogołocony już z
większej części swego państwa, otoczony nieprzyjaciółmi, którzy
podkopywali jego rządy świeckie wszelkimi środkami, jakie natchnąć
może nienawiść, dał przecież światu całemu wspaniały dowód wiary w
przyszłość Kościoła świętego na ziemi.
Będąc panem swoich
posiadłości, Ojciec św. zwykle zwoływał biskupów włoskich na
uroczystości kanonizacyjne. Ale gdy Piemont rozpanoszywszy się na
tej ziemi od tylu wieków podległej papieżom, zakazał biskupom
zjeżdżać na wezwanie Ojca św., Pius IX natchniony wielką myślą,
postanowił zaprosić już nie tylko włoskich, ale biskupów całego
świata na kanonizację męczenników japońskich, mającą się odbyć w sam
dzień Zielonych Świątek 8 Czerwca 1862 r. Wiadomo, jak cały świat
katolicki odpowiedział temu wezwaniu; z najodleglejszych krain
zbiegli się biskupi, kapłani i wierni i urządzili wspaniałą
manifestację na cześć papiestwa i uciśnionego Kościoła, dając
niezbity dowód żywotności i jedności na tej łodzi Piotrowej, która
pomimo burz i prześladowań płynie spokojnie naprzód.
O. Augustyn miał tę wielką
pociechę, iż brał udział w tych uroczystościach i patrzał na radosny
tryumf Piusa IX. Przez chwilę zdawało mu się, iż nie będzie mógł do
Rzymu pojechać, gdyż właśnie ciężko zasłabła ks. de Rauzan, której
był obiecał nie odstąpić w ostatnich chwilach życia; zdrowie chorej
jednak o tyle się polepszyło, iż mógł spokojnie odjechać.
Na wstępie niemal do wiecznego
miasta O. Augustyn spotkał dawnego mistrza swego, Liszta. Po tylu i
tak szczęśliwych zmianach w życiu Hermana już nie było mowy o
dawnych waśniach i sporach, które tak głęboką były wykopały przepaść
między nauczycielem a uczniem. Teraz role były zmienione; uczeń stał
się mistrzem, ale mówił o innej muzyce, otwierał świat pełen innej
harmonii. W kilka dni po długiej i serdecznej rozmowie w kościele
della Vittoria, Liszt przyjmował Komunię św. z rąk O. Augustyna, a
po nabożeństwie w refektarzu zakonnym brał udział w skromnym posiłku
Karmelitów.
Ale sprowadzając sługę swego
do Rzymu, Bóg miał jeszcze wyższy cel, w którym chwalebne zadanie
miało być połączone z wielką ofiarą. W stolicy chrześcijaństwa
spotkał O. Augustyn kardynała Wisemanna. Wszyscy znają wielką rolę,
jaką odegrał ten książę Kościoła w odnowieniu religijnym Anglii w
drugiej połowie naszego wieku. Pod tchnieniem tej gorącej duszy
oziębłość, martwota duchowna zaczęła topnieć i wiele, bardzo wiele
dusz żyjących w błędach anglikanizmu poczęły zwracać się do kościoła
katolickiego. Pod stopami gorliwego konwertyty wyrastać zaczęły jak
kwiaty na bujnej niwie pobożne stowarzyszenia, zbożne dzieła,
klasztory i przytułki bezpieczne dla młodzieży. Przy pierwszym
spotkaniu z O. Augustynem kardynał Wisemann poznał w nim duszę
pokrewną, ożywioną tym samym apostolskim zapałem i zapragnął mieć go
na swej ziemi ojczystej, jako dzielnego współpracownika. Udał się
więc do Jenerała Karmelitów z prośbą, aby O. Augustynowi powierzył
misję założenia domu w Londynie. Jenerał uważając, że pobyt tego
zakonnika tak użytecznego potrzebny jest do podtrzymania fundacji
świeżych jeszcze we Francji, czuł się w obowiązku odmowną dać
odpowiedź. Ale kardynał nie był łatwy do zniechęcenia; czego nie
mógł otrzymać od Jenerała, postanowił wyprosić u Ojca św.; i
rzeczywiście sam Pius IX stał się pośrednikiem w tej sprawie i
przynaglił Karmelitów do odstąpienia O. Augustyna ziemi angielskiej.
Jenerał na prośbę Papieża nie mógł się dłużej opierać i wyjazd
naszego Ojca został postanowiony.
Gdy przyszedł do stóp
najwyższego pasterza prosić o błogosławieństwo, Pius IX te doń
wyrzekł słowa: „Błogosławię ci, mój synu i posyłam cię nawracać
Anglię tak, jak jeden z moich poprzedników posłał mnicha Augustyna,
pierwszego apostoła tego kraju".
Ta misja choć zaszczytna, nie
była bez trudności i nie bez żalu. O. Augustyn rozłączał się z
braćmi swymi zakonnymi, z domami, które własną pracą wzniósł lub
urządził, z duszami, które do Boga prowadził, Przed ofiarą się nie
wahał, ale ze ściśniętym sercem rozstawał się z przybraną ojczyzną
i, gdy na kilka dni przed wyjazdem miał w Bagnères kazanie o
poświęceniu i zaparciu się, w głosie, w każdym słowie jego drgała
nuta bolesna, tajony ból serca...
Wyjechał z Paryża 5 Sierpnia. Puszczał
się w drogę prawdziwie po apostolsku, bez podwójnej odzieży, bez
pieniędzy, bez zapasów; do tego stopnia, że, nie mając czym drogi do
Londynu zapłacić, musiał w Paryżu kwestować między znajomymi i z
kwotą 160 franków pojechał zakładać klasztor.
W swojej młodości Herman znał
Londyn, znał to towarzystwo w Londynie, które się bawi, które
proteguje artystów, które szafuje pieniędzmi; czytelnik pamięta
czasy, gdy między salonami a salą koncertową młody pianista spędzał
po kilka miesięcy w stolicy Albionu. Ale teraz w innym charakterze
przyjeżdżał; w nieznanym, ba! wzgardzonym mniszym odzieniu, ubogi,
niemal natrętny, bo w roli kwestarza. Ubóstwo jednak nie ciężyło
temu, co wybrał szaleństwo krzyża; ale ciężyły mu bardzo ówczesne
stosunki religijne w Anglii. Oto co o tym pisze do bratowej: „Nie
mogę zaprzeczyć, że wyjazd z Francji, gdzie jako ksiądz i zakonnik
tyle doświadczałem pociechy, był dla mnie bolesną ofiarą. Tutaj nie
mogę nawet wyjść na ulicę inaczej, jak w surducie i sztywnym
kołnierzu. Ten kołnierz więzi mi szyję, głowę, myśli, serce; już
żyję tylko w połowie. Ale niema rady! zresztą, kiedy życie
klasztorne jest życiem ofiary, warto je ponieść, aby przyjść w pomoc
mnóstwu katolików ze wszystkich krajów, rozsypanych po tym wielkim
Londynie prawie bez pomocy religijnej".
Zdaje się często ludziom powierzchownie na rzeczy patrzącym, iż
Święci nic nie cierpią i że obojętnie przyjmują wszelkie
przeciwności życia. W tym jest wielka pomyłka; O. Augustyn cierpiał
i cierpią Święci; serca ich nie wyschłe i nie zlodowaciałe tylko
umieją lepiej od nas opanować zbyt żywe poruszenie natury, robią
sobie z cierpienia zasługę i nie łatwo wydają się z tajemnicą
zbolałego serca.
O. Augustyn zamieszkał
tymczasowa u zakonnic Wniebowzięcia. Tam powoli wyrabiał sobie
stosunki i zbierał jałmużny. Z czasem zaczęto sobie przypominać
dawnego Hermana; poczęto Ojca odwiedzać i wkrótce zaczął kazać.
W dzień św. Teresy, 15
Października, w małym domku wynajętym od Sióstr Wniebowzięcia,
Karmelici osiedlili się stanowczo już w Londynie. W pokoju
zamienionym na skromną kaplicę, O. Augustyn otoczony kilku Ojcami i
braćmi przybyłymi z Francji odśpiewał sumę; wieczorem zaś kardynał
Wisemann przyszedł z błogosławieństwem i słowem zachęty dla
szczupłego gronka zakonników z tej rodziny Karmelu, która niegdyś
tak świetnie w Anglii się rozwijała i tyle sprawie bożej się
przysłużyła.
Pamiętając, iż to na tej
właśnie ziemi, niedaleko Londynu, Matka Boska ukazała się św.
Szymonowi Stock, dając mu szkaplerz dla wiernych swych dzieci pod
opiekę tego Świętego oddał nową fundację.
Jak zwykle wszystkie trudy,
najcięższą pracę brał przełożony na siebie. On sam tylko umiał po
angielsku, co chwila więc go potrzebowano nawet przy najzwyklejszych
sprawunkach. Ale w rękach O. Augustyna czas się pomnażał, już na
Styczeń 1863 r. ogłosił rekolekcje, które sam jeden dawał, pisząc
wszystkie kazania i ucząc się ich przed wypowiedzeniem, gdyż obawiał
się improwizacji w obcym i trudnym języku.
To nie wystarczało jednak jego
gorliwości. Zaledwie osiedlony w Londynie, odkrył w bliskości wioskę
Brighton, zamieszkaną przez samych Niemców protestantów, żyjących w
odosobnieniu i zachowujących mowę i zwyczaje ojczyste. O. Augustyn
był Niemcem, stąd pretekst, aby tych biedaków odwiedzać i serca ich
sobie zjednać. Wizyty najprzód obojętne, zamieniły się na wycieczki
misyjne. O. Augustyn ogłosił, że przybędzie z kazaniem, a ciekawość
i powab ojczystego języka sprowadziły liczne audytorium. Praca nie
była daremna; przy końcu wielkiego postu wielu z tych biedaków
powracało do owczarni Chrystusowej; wdzięczność ich i miłość dla
tego, który im drogę prawdy wskazał, była tak wielka, iż oddali się
zupełnie pod jego kierownictwo i O. Augustyn mógł jak dziećmi, nimi
kierować. Ciesząc się tern powodzeniem, lubił nazywać żartem
Brighton „swoją diecezyjką.
O innych pracach jego da nieco
pojęcia urywek z listu następującego: „Byłem, jak wiecie, przez
kilka dni w Paryżu; P. Jezus pobłogosławił to, po co mnie tam
wezwał. Tutaj układanie kazań po angielsku zabiera mi dużo czasu;
zalegam z mnóstwem listów do odpisania. We wszystkie niedziele
postne kazać będę w Brighton. 18 i 19 Marca będę w Paryżu, ale wrócę
tu zaraz potem. Przeszłej niedzieli mieliśmy tłumne zebranie w
naszej kapliczce; dawałem habit nowicjuszowi i przemawiałem w tym
trudnym angielskim języku. Żegnam aż do Wielkiej nocy! życzę dobrego
postu i zamiłowania ciszy i samotności, ażeby Jezus do serca
przemawiał!"
Kardynał Wisemann polecił O.
Augustynowi opiekę nad wszystkimi praktykami religijnymi,
odnoszącymi się do czci Przenajśw. Sakramentu. Ten nadmiar pracy nie
ciężył miłośnikowi Boskiej Tajemnicy Ołtarza. Zaczął od pierwszych
Komunii dzieci; dotąd odbywały się pojedynczo. Nasz Ojciec zebrał
dziewczynki u Sióstr Wniebowzięcia, chłopczyków w swej kaplicy i
rozpoczął wykład katechizmu według zwyczaju francuskiego; dzień
Komunii poprzedziły krótkie rekolekcje, w czasie których kardynał
przychodził przemawiać do dzieci i błogosławić je. Rzewne
uroczystości tych wspólnych Komunii św. sprawiały tak silne
wrażenie, że wiele protestantów im zawdzięcza swe nawrócenie.
Nie dosyć jednak na tym. Mając
O. Augustyna pod ręką, kardynał Wisemann chciał w zupełności
wyzyskać jego zdolność i gorliwość. Zamianował go egzaminatorem
duchowieństwa diecezji i powierzył rekolekcje dla księży. Pod takim
brzemieniem pracy, upadł wkrótce słaby organizm młodego przeora; w
ciągu lata zachorował, ale zaledwie do sił powracać zaczął, jedzie
do Paryża dawać rekolekcje członkom Adoracji nocnej. Na zakończenie
daje swoją ręką rekolektantom Komunię św. 700 mężczyzn przystępuje
do Stołu Pańskiego, wieczorem zaś bierze udział w procesji ze
świecami w ręku, co taką pociechą i zbudowaniem napełnia serca
obecnych, zwłaszcza nuncjusza papieskiego Msgr. Chigi, iż
nieprzygotowany przemawia do wiernych, by dać wyraz swej radości.
Cóż dopiero powiedzieć o szczęściu O. Augustyna! „Już słońce nasze –
wołał – Boska Eucharystia nie zachodzi nad Paryżem; od zmroku do
rana i od rana do zmroku nieustannie duszom przyświeca!"
„Wróciłem z Paryża – pisze nieco
później – z sercem przepełnionym najsłodszą pociechą! Ale P. Jezus
kazał mi za to zapłacić: wróciłem chory i przez dwa tygodnie
musiałem leżeć. Jednak ani jednej Mszy św. nie opuściłem".
Wkrótce i w Londynie udało mi
się ustanowić nocną adorację; z radością donosi o tym przyjacielowi.
„Szczęśliwą wieść ślę ci dzisiaj! oto spędziliśmy pierwszą noc w
Londynie na wspólnej adoracji Najśw. Sakramentu... Była to noc
poprzedzająca święto Przemienienia Pańskiego i tysiąc razy
powtarzaliśmy z głębi serca: Dobrze nam tu być... noc uleciała jak
jedna chwilka! Dziękujcie Panu, że pobłogosławił ten drobny
początek!"
Zważywszy, czym są wszystkie
wielkie miasta, a zwłaszcza Londyn ze swymi trzema milionami
mieszkańców ze swą demoralizacją, zbytkiem, rozpustą, zważywszy, ile
tam codziennie Bóg obrażany, nie dziw, iż świętobliwy kapłan,
którego życie opisujemy, cieszył się tą czystą radością dusz
miłujących, iż nieznanemu, wzgardzonemu, zasmuconemu Panu swojemu
przysporzył sług wiernych i otoczył go wśród nocy, gdy nikt o Nim
nie myśli, kilkoma sercami pragnącymi przepraszać i zadośćuczynić.
To stowarzyszenie trwa dotąd i
rozwija się, ale powoli. Jeśli gdzie, to w Anglii trudnym jest do
przeprowadzenia wszystko, co się sprzeciwia wygodzie (comfort)
i wszystko, co równa między sobą tak silnie rozgraniczone klasy
społeczeństwa. Gdy na skromnych polowych łóżkach mają spocząć przez
kilka godzin przed lub po adoracji, wielki pan i prosty rzemieślnik,
jednego i drugiego zarówno to kosztuje. Ale miłość Chrystusowa wiele
rzeczy ułatwia!
Po roku pobytu w Londynie
okazała się potrzeba sprowadzenia więcej zakonników dla obsługi
kościółka już bardzo uczęszczanego. Dotychczasowe mieszkanie było za
małe, trzeba było myśleć o przesiedleniu się, ale gdzie i jak?
opodal był wprawdzie śliczny dom z ogrodem, na który Karmelici
patrzyli pożądliwym okiem, ale był on własnością zaciętego
anglikanina, już 80-cio letniego starca, którego nienawiść do
katolicyzmu była tak dobrze znaną, iż nikt nawet nie przypuszczał,
iżby z propozycją wynajęcia czy kupna domu dla mnichów katolickiego
wyznania można doń wystąpić. O. Augustyn pomyślał przecie, że niema
nic u Boga niegodnego. Pomodlił się, polecił sprawę św. Józefowi i
poszedł przedłożyć rzecz staremu bogaczowi. Dawnemu Hermanowi trudno
się było oprzeć. Bogacz zdziwił się, że widzi tak przyjemnego
mnicha, na wszystko przystał i przyjął takie warunki wynajmu, jakie
układali Karmelici.
Bezzwłocznie zamieniono dom na
klasztor, przystrojono kapliczkę i znowu w dzień św. Teresy
zakonnicy obejmowali nowe mieszkanie. W kilka dni później
zaprowadzili bractwo Szkaplerza św., a wieczorem odbyła się po
ogrodzie procesja ze statuą N. Panny, niesioną przez kilku mężczyzn.
Ogród był tylko żelazną kratą oddzielony od ulicy, przechodnie mogli
więc dobrze widzieć, co się u Karmelitów dzieje i można powiedzieć,
iż to był pierwszy hołd publiczny oddany Najśw. Matce bożej, odkąd
Anglia odłączyła się od prawdziwego Kościoła.
Katolicy garnęli się chętnie do nowego
przybytku i ubóstwo zakonników wspierano częstymi jałmużnami. Z
drugiej strony gorliwa ich praca pobudzała nienawiść heretyków i
nieraz motłoch, zebrany w koło klasztoru, wybijał szyby kamieniami i
nienawistnymi okrzykami dawał wyraz swej nienawiści dla katolicyzmu.
O. Augustyn wówczas uciekał się do władzy, która nigdy nie odmówiła
mu pomocy.
Wkrótce miało miejsce
zdarzenie, które dało okazję Karmelitom sprawować publicznie
obowiązki powołania kapłańskiego. Rzewną tę opowieść przytaczam
według słów samego O. Augustyna wyrzeczonych na kongresie katolickim
w Malines 1864 r.
„W miesiącu lutym zostałem wezwany do
więzienia w Newgate, gdzie ośmiu marynarzy katolików, Hiszpanów
rodem, było uwięzionych za rozbój i inne zbrodnie. Dyrektor
więzienia, choć protestant, chciał im ułatwić pojednanie się z
Bogiem przed śmiercią i sprowadził księdza katolickiego, a dozorcy
więzienia byli tak pełni względności i uprzejmości, iż ułatwiali nam
wszelkimi sposobami nasze zadanie. Na szczęście jeden z naszych
Ojców był Hiszpanem i mógł się porozumieć z więźniami, którzy tylko
po hiszpańsku rozumieli; przez miesiąc tedy, codziennie im nosił
pomoc religijną i pociechy, jakie tylko wiara dać może.
Siedmiu z tych więźniów zostało
skazanych na śmierć przez powieszenie, z tych jeden był
schizmatykiem.
Powiedzmyż teraz na chwałę naszej
świętej religii! Przez dwa tygodnie, dzielące wydanie wyroku od
wykonania, ci ludzie, którzy byli jak wilki drapieżne zamienili się
na ciche baranki, przyjmując bez oporu, bez skargi karę największą,
jaka może być zadana. Pierwszy tego dowód, jaki dali, było ujęcie
się za dwoma towarzyszami, którzy byli niewinni i których w końcu
potrafili od powieszenia uwolnić tak, że tylko pięciu, a z tych
czterech katolików miało wstąpić na szubienicę. Po tym uwolnieniu
myśleli już tylko o swej duszy.
„Ach! gdybyście byli widzieli panowie,
z jaką gorącością ducha przyjmowali ci skazańcy na kilka dni przed
śmiercią Komunię św. w swych ciasnych, nędznych celkach!...
„W sam dzień egzekucji, jeszcze przed
pierwszym brzaskiem, trzech kapłanów naszego Zakonu przedzierało się
przez niezliczone tłumy zgromadzone w koło więzienia i niosąc na
piersiach Boga utajonego, wchodziło do celek skazańców...
„Zastaliśmy ich klęczących na ziemi
przed wizerunkiem Ukrzyżowanego; całą noc przepędzili byli na
modlitwie. Gdy przyjęli Wiatyk święty, pierzchły i trwoga przed
śmiercią i natury wstręt i obrzydzenie wobec okropnych szczegółów
takiej śmierci. Słodkość uścisku Jezusowego wlała zupełny spokój w
ich dusze. Przez trzynaście lat kapłaństwa nigdy nie spotkałem się z
tak widocznym, z tak zdumiewającym wpływem boskiej Eucharystii, a
także wpływem kapłana na dusze mu powolne!... Przez te dwie godziny
przygotowania na śmierć – a według ludzkiego mniemania, powolnego
konania – serca skazańców wznosiły się w przestworza, gdzie już
niema łez ani rozłączenia i podczas gdy nas przerażały okropne
okrzyki niecierpliwych tłumów, oni nam mówili o błogim spokoju
zalewającym ich dusze, o szczęściu przebaczenia bożego, o krótkiej
ekspiacji w porównaniu do winy, o nadziei oglądania wkrótce Boga!...
„Gdy ich zachęcałem do ufności w pomoc
Maryi, wyrazili obawę, czy im szkaplerza nie odbiorą, ubierając ich
na egzekucję?... „Ach Ojcze – zawołał jeden z nich – uproś nam
łaskę, aby nam zostawili krzyżyki, różańce i szkaplerze!"
„W tej chwili Dyrektor więzienia kazał
mnie do siebie poprosić. Zapytał, czy skazańcy są w bardzo
gwałtownym stanie? czy się buntują i szemrają? Odpowiedziałem, że w
życiu moim nie widziałem ludzi tak spokojnie patrzących śmierci w
oczy i tak dobrze usposobionych.
„Czy nie proszą o jaką łaskę, której
bym im mógł udzielić?
„Owszem," proszą o trzy łaski,
pierwsza, aby móc mieć na sobie znaki świętej wiary naszej".
„Chętnie na to przystaję".
„Proszą także, aby ksiądz mógł im
towarzyszyć na szubienicę". (A trzeba wiedzieć, iż w wilię tego dnia
oświadczono nam, iż nie możemy po za granicami więzienia obcować ze
skazańcami. Jakaż więc była moja radość, gdy usłyszałem te słowa
Dyrektora).
„Powiedz im pan, że im możesz
towarzyszyć".
„Wreszcie proszą o pozwolenie
pożegnania się jedni z drugimi".
„I na to zezwalam".
Wtedy rozpoczęła się scena, której
widoku nigdy nie zapomnę, która rozrzewniła nie tylko nas, Ojców ich
w Jezusie Chrystusie, ale dozorców i wszystkich obecnych. Ci młodzi
ludzi – najstarszy miał 26 lat – wychowani w rozboju, w swawoli,
niemal dzicy z obyczajów, ci rozbójnicy padają na kolana jeden przed
drugim, płaczą, ściskają się, przepraszają wzajemnie, pokazują sobie
niebo i wołają: „Do widzenia, tam, bracie!... już niezadługo!"
Jeden z nich, herszt całej bandy,
głośno wykrzyknął: „Szczęśliwy jestem, bo za pól godziny Boga
oglądać będę!" On to rzekł parę tygodni przedtem, gdy wszedł nasz
Ojciec Hiszpan: „Już się nie boję śmierci, kiedy mam księdza z mego
kraju!"
Dyrektor kazał mi zapytać ich, czy nie
chcą jeszcze czego?
„Chcielibyśmy jeszcze, odrzekli,
pożegnać naszych towarzyszy ułaskawionych".
"To było rzeczą trudną, jednak Dyrektor
widocznie rozrzewniony na wszystko pozwolił.
„Gdy ich przyprowadziłem do skazańców,
coś tajemniczego między nimi zaszło; usłyszałem tylko: „Bóg to wie,
Bóg wie wszystko!..." To pożegnanie było boleśniejsze od tamtego.
Wtem dzwon głucho się odezwał. Pochód miał wyruszyć. W milczeniu
daliśmy więźniom ostatnią absolucję.
„Pomijam inne szczegóły.
„Gdy najmłodszy ze skazańców – 20 lat
liczył – stanął pierwszy na szubienicy, woła do mnie: „Ojcze! Ojcze!
nie opuszczaj mnie!"
Natychmiast, wyprzedzając drugich,
staję przy nim na rusztowaniu, na oczach 30.000 ludzi, z których
wielu i to panie po tysiąc franków płacili za miejsce w oknie...
Spodziewałem się, że widok księży
katolickich w komży i stułach wzburzy te nieprzyjazne tłumy, bo w
tej części miasta, ileż razy nienawiść pospólstwa ścigała katolików!
Tymczasem zaledwie nas ujrzano, szmer powstał: „Odkryć głowy!" i
pełne przychylności uszanowanie wzięło górę nad wszelkim innym
uczuciem.
Trzech nas kapłanów stało na
szubienicy; pięciu skazańców przed nami. Poddajemy im akty wiary,
nadziei, miłości, skruchy; dajemy im krucyfiks do całowania,
szepczemy słodkie imiona: Jezus i Maryja...
Ale oto jeden z nich nadludzkim
wysiłkiem zrywa więzy u rąk. Po co?... aby uczynić święty znak
zbawienia. Odkrywa sobie głowę, na czole, ustach i piersiach czyni
krzyżyk, a potem bijąc się w piersi, woła do tłumów jedyne słowo
angielskie, jakiego się nauczył: „Pardon!.. przebaczenia!..." Gorący
wyraz sympatii mu odpowiada. W tejże chwili usuwają się deski z pod
nóg skazańców... zawisnęli w powietrzu... Długo nie cierpią;
zaduszenie odbiera im przytomność.
Nam każą schodzić; jeden z nas musi
oderwać swój krzyżyk od ust swego penitenta, którego wargi doń
przywarte.
„Zeszedłszy z drabiny O. Józef
(Hiszpan) twarz rękoma zakrywa, wybucha płaczem i woła do mnie:
„Ojcze, wydarli mi dzieci moje!"
„I rzeczywiście, on ich był zrodził
Jezusowi Chrystusowi!
Dziennik Times, zdając sprawę z
egzekucji, przytoczył dziwny szczegół. Gdy popołudniu oglądano
zwłoki powieszonych, zauważono, iż wbrew temu, co się zawsze widzi,
niektórzy mieli wyraz twarzy zupełnie niezmieniony. Czterech – pisze
ów dziennik – wyglądało jak gdyby spali spokojnie (as if in a gentle
sleep) piąty zaś miał twarz okropnie wykrzywioną". Nazwisko tego
ostatniego podaje, a był to ów skazaniec, który jeden był
schizmatykiem wśród towarzyszy katolickiego wyznania.
„Możemy więc przypisać Eucharystii św.
tę różnicę. Ona pokrzepiwszy dusze i ciała niejako zabalsamowała i
wyryła piętno spokojne na obliczu straconych.
„Zauważmy – kończył O. Augustyn – że
przed 40 laty rzeczy, które tu opisuję, nie mogłyby mieć miejsca.
Przed równouprawnieniem katolików, nie byłby ksiądz przypuszczony do
skazańców, raczej byliby musieli umierać jak potępieńcy. Przed 40
laty nigdy publiczność angielska nie byłaby zniosła widoku księdza
katolickiego na miejscu egzekucji!"
Jest więc do skonstatowania wielki i
pocieszający postęp w tym kraju na korzyść wiary naszej świętej i
ludzkości.
Mowa O. Augustyna na kongresie
katolickim w Malines, z której przytoczyliśmy powyższy ustęp, miała
dla Karmelitów niespodziewane następstwa. Najgorszy dziennik
belgijski „Indépendance Belge" wziął z niej pochop, aby
napisać szyderczy artykuł o O. Hermanie, wyśmiewając go jako
pianistę i jako kaznodzieję. Times angielski przedrukował ten
artykuł. Nie zawsze jednak nieprzyjaciele Kościoła mogą obrachować
skutek swych zajadłych wycieczek przeciw sługom bożym. Pismo
szkalujące O. Hermana wpadło w ręce pana Bird, owego sędziwego
właściciela domu, w którym mieszkali Karmelici. Jak widzieliśmy,
chętnie na prośbę O. Augustyna wynajął im swe mieszkanie, ale dzięki
wkorzenionemu przesądowi nie mógł się zdecydować odsprzedać im swej
posiadłości, co było ze wszech miar pożądanym przez naszych
zakonników. Przeczytawszy artykuł Times'a, takiego doznał wrażenia
jak młodzi Spartańczycy, gdy widzieli pijanego człowieka. „Zaprawdę
rzekł sam do siebie – ten mnich musi być nie bez wartości, kiedy tak
o nim piszą!..."
I kazał przywołać do siebie O.
Augustyna.
„Piękne rzeczy tu o Ojcu piszą! – rzekł
do wchodzącego. – Otóż chcę Ojcu sprzedać moją posiadłość. Nie,
żebym potrzebował pieniędzy. Moje dzieci, dzięki Bogu, nie będą bez
chleba! Ale przeczytanie tego artykułu tak mnie usposobiło iż
pilniej mi jest wam ten dom odstąpić, niż wam nabyć go. Ułóżmy się
zaraz o warunki, bo kto wie? mógłbym zdanie zmienić.
O. Augustyn oczywiście
skorzystał z tak dobrego usposobienia, na miejscu kontrakt podpisano
i Karmelici stali się właścicielami pięknego domu i ogrodu, w którym
zamierzali kościół budować.
W liście poufnym pisał nasz szczęśliwy
zakonnik:
„Trzebaby tomy spisać, aby opowiedzieć
łaski i miłosierdzie P. Jezusa nad nami. Bractwo dziękczynienia już
tu zaprowadzone... Procesie szkaplerzne co miesiąc zgromadzają wielu
pobożnych. Do Adoracji nocnej coraz więcej i coraz gorliwszych
członków przybywa. Kardynał chce. abyśmy i o nabożeństwie do dusz
zmarłych pomyśleli. Mamy dom już własny w Londynie i marzymy o
kościele!"
W innym liście czytamy: „Teraz możemy
powiedzieć, że Karmel założony na ziemi angielskiej, bo kącik, gdzie
się przytulamy, jest prawdziwie naszym. Deo gratias! Teraz nam
potrzeba kościoła; szepnijcie o tym słówko św. Józefowi!"
I rzeczywiście! Kościół zaczął się
budować. Dwa lata nie upłynęły, a stała już gotowa nowa świątynia na
cześć Boga Najwyższego!
13 sierpnia 1866 r. pisze O.
Augustyn do siostry: „Uroczystości poświęcenia odbyły się wspaniale
i tłumy wiernych przyciągnęły. Mamy piękny kościół, doskonałe organy
i... dużo długów. Ale to już rzecz św. Józefa!"
Sam Ojciec jeździł do Bordeaux
po relikwie św. Szymona Stocka, patrona nowego klasztoru, i
uroczyście wprowadził je do swej ukochanej świątyni.
Ale te wszystkie prace w samym
Londynie nie wystarczały gorliwości O. Augustyna; gdzie tylko
potrzebowano, jego pomocy, gdzie wiedział, że jest możliwe pole do
pracy, tam biegi i wysilał się, byle choć kilka dusz zyskać
Jezusowi. Przez te lata, spędzone w stolicy Anglii, Irlandia,
Szkocja, Francja, Belgia, Prusy witały kolejno apostoła Najśw.
Sakramentu i słyszały z ust jego pełne namaszczenia i ognia głoszone
słowo boże. Po ludzku nie można sobie wytłumaczyć takiej pracy;
zdaje się, że najsilniejsza konstytucja by jej nie wydołała. O.
Augustyn często chorował i dużo cierpiał; ale gdy go wzywała
apostolska praca, gdy miał wyjechać na misję lub z kazaniem,
odnajdywał jakąś dziwną siłę Zdawało się, że zmartwychwstaje; jechał
pełen zapału spełnić podjęty dobrowolnie obowiązek, ale za powrotem
do domu dawne cierpienie wracało.
Przypatrzmy się nieco tym
wędrówkom.
W lutym 1865 r. daje misję w
Attonie, niedaleko Hamburga, a więc w swym rodzinnym kraju. Rodzina
otacza go w tej okoliczności i daje bratu kapłanowi wielkie i święte
pociechy.
Ledwo powraca do Londynu", rozpoczyna
U. Augustyn kazania Wielkopostne i to podwójne, bo oprócz kazań we
własnym kościele przemawia w Clarendon, gdzie się schroniła
nieszczęśliwa, a wielkich cnót królowa Maria-Amalia. Przy końcu
postu siły opuszczają Ojca, ale zmartwychwstaje razem z P. Jezusem i
zaraz po Wielkiej nocy wyjeżdża do Francji dawać w mieście Mans
rekolekcje zakonnicom. 16 Maja już jest z powrotem w Londynie, gdzie
ma kazanie na otwarcie Jubileuszu, a 25 Maja z największą radością
serca swego składa przelożeństwo w ręce O. Ludwika.
Ubytek tego ciężaru przydaje
czasu i sił do prac apostolskich. W Październiku O. Augustyna
widzimy w Rennes, każącego przez całą oktawę św. Teresy; w Adwencie
jest w Berlinie, gdzie mówi z ambony po francusku i po niemiecku.
„Mam – pisze – audytorium złożone z 4.000 osób; żniwo zapowiada się
obfite; módlcie się o dobre skutki u Matki Boskiej Zwycięskiej".
Rzeczywiście Bóg pobłogosławił
tę misję, której skutki były tak znaczne, iż dzienniki zaczęły się
nimi i trwożyć i cieszyć. Niektóre gazety katolickie twierdziły, że
przy konkluzji 7.000 osób przystąpiło do Komunii św. Posłuchajmy, co
O. Augustyn sam pisze o misi w Berlinie.
„Dziękuję wam za modlitwy u Matki
Boskiej Zwycięskiej; przyniosły swoje owoce, gdyż misja ta została
ubłogosławioną niepojętymi łaskami. Aby wam dać pojęcie o gorliwości
katolików Berlina, przytoczę ten jeden szczegół, iż 2.000 osób
(więcej mężczyzn niż kobiet) przyjęło z rąk moich Szkaplerz św. W
Hanowerze także mogłem tylko dziękować Panu za przedziwną pomoc
udzieloną mi w pracach moich dla chwały Jego".
Z Prus jedzie O. Augustyn do
Francji. Dijon i Lyon mają szczęście go posiadać. W tym ostatnim
mieście, ponieważ zostawił tak dobre wspomnienia, witany jest z
największą radością. Ale hołdy wdzięczności i przyjaźni są mu
obojętne; on szuka tylko chwały bożej i dobra dusz. Dając rekolekcje
pewnemu gronu pań, oto jak zaczyna: „Ostatnie słowo, jakie z ust
moich słyszałyście, było: Jezus! Dziś, witając was po trzech latach,
zaczynam od tego samego wyrazu: Jezus! On był naszą spójnią przez
ten czas tak, jak dzisiaj jest przedmiotem i powodem połączenia
naszego. Przez te kilka lat dużo jeździłem, dużo widziałem i
słyszałem, wieloma sprawami byłem zajęty i wiele dusz spotkałem, a
nauczyłem się tylko jednego, iż wszystko, co nie jest Jezusem, jest
niczym!"
Po ukończeniu tych rekolekcji
O. Augustyn każe u Karmelitów przez trzy dni z powodu beatyfikacji
błog. Maryi od Aniołów. Kościół za ciasny, aby pomieścić cisnące się
tłumy; trzeba było drzwi zostawiać otwarte, by zalegająca ulicę
ludność mogła usłyszeć tę gorącą wymowę, której się serca oprzeć nie
mogły.
Wszystkie pobożne
stowarzyszenia, założone przez O. Augustyna, chcą go widzieć między
sobą; wszystkim udziela słowo ojcowskiej zachęty; a przed
opuszczeniem ukochanego przez siebie miasta jeszcze raz mówi z
ambony na korzyść ubogich i sam rękę wyciąga, aby im przyjść w
pomoc. Za uzbieraną znaczną kwotę ileż serc błogosławiło gorliwego
zakonnika!
Powróciwszy do Londynu O. Augustyn
znalazł inne, jeszcze cięższe pole do pracy. Cholera wybuchła w
jednej z dzielnic olbrzymiego miasta; natychmiast Karmelici biegną
na pomoc chorym. „Przygotowałem na śmierć znaczną liczbę
umierających – pisze nasz niestrudzony apostoł – ale mnie P. Bóg nie
osądził godnym przy nich śmierć znaleźć!"
Gdy zaraza ustała, jedzie w
głąb Irlandii, gdzie wydziwić się nie może silnej wierze i gorącym
uczuciom katolickim ludności. „Możnaby myśleć, że się jest w
pierwotnym kościele – mówi. – Wczoraj miałem 9.000 słuchaczy.
Nigdzie nie widziałem takiej wiary".
Przez lata 1866 i 1867
pielgrzymki misyjne O. Augustyna nie ustają. Prawie niepodobna za
nim myślą i piórem nadążyć i zrozumieć niełatwo, jak siły i czas
jednego człowieka na tyle pracy wystarczyć mogą. Przebywa kolejno w
miastach: Rouen, Rennes, Roder, Palence, w Rzymie, w Paryżu, w
Paray-le-Monial, przebiega Anglię, Irlandię, Prusy; wszędzie daje
misje, rekolekcje, a nawet z jednym kazaniem jedzie, gdy go wzywają.
Powraca do Londynu w końcu r. 1867, ale wkrótce opuszcza ten
klasztor, który jemu zawdzięcza swoje istnienie, aby doń więcej nie
powrócić. Po kazaniach Adwentowych w Rouen jedzie O. Augustyn na
parę tygodni do Broussey odpocząć nieco w tej miłej samotni, która
mu przypomina błogie czasy nowicjackie. Następny Wielki Post zastaje
go w Berlinie, gdzie tłumy, żądne jego gorącego słowa, otaczają
skwapliwie ambonę; skutki nawróceń dusz do Boga są zdumiewające.
Jak widzimy tedy, nie targuje się
Augustyn, gdy idzie o wyparcie się siebie i poświęcenie dla
bliźnich. Jednak na dnie serca ciągle tkwiła żądza samotności,
pragnienie zatopienia się w zjednoczeniu bez żadnej przeszkody Boga
z duszą. I oto życzenia te miały być ziszczone.
Następnym listem z 11 Kwietnia 1868 r.
zawiadamia o tym obecnego przełożonego Karmelitów w Londynie:
„Przewielebny Ojcze! Dostaję depeszę telegraficzną od O. Generała
donoszącą mi, iż jestem przeniesiony do prowincji francuskiej
(południowej). Opuszczając wasz dom, czuję się w obowiązku
podziękować jak najgoręcej Waszej Przewielebności za dobroć, której
odebrałem tyle dowodów i przeprosić za tyle win przeze mnie
popełnionych. Również Ojcom i Braciom pragnę wyrazić moją
wdzięczność i mój żal, iż tyle razy ich zgorszyłem lub zasmuciłem
moim przykrym charakterem. Mam nadzieję, że Wasza Przewielebność i
zakonni Bracia modlić się będą za mnie, by mi Bóg odpuścił i bym się
nawrócił...
Misję tu ukończyłem ku zadowoleniu
osób, które widziałem. Zdrowie moje dobre...
Jutro wyjeżdżam do Poznania.
Błogosław mnie mój Ojcze!"
W przyszłym rozdziale
odnajdziemy Hermana u celu swych marzeń, w Świętej Pustyni.

O. Augustyn w Świętej Pustyni
Już w roku 1857 pisał O.
Augustyn do ks. proboszcza z Tarasteks: „Nie mogę księdzu wyrazić
jak wzdycham za Pustynią. Będę się starał jak najprędzej nasze
sprawy urządzić, aby tam ulecieć!"
Prawie wszystkie listy dawnego
światowca mówią o tym samym pragnieniu, dowodząc, jak zupełnie Bóg
serce odmienił i jak życie czynne dźwigał jako krzyż. Do siostry raz
pisze: „Odprawiłem swoje roczne rekolekcje i zaczerpnąłem w nich
żywsze niż kiedykolwiek pragnienie samotności, życia ukrytego
Pustyni!... Co tylko ode mnie zależy, robić będę, aby ta fundacja
ukończoną została – i abym w niej mógł się żywcem pogrzebać!"
Jednakże przez 10 lat zdawało
się, iż P. Bóg sprzeciwia się pragnieniom sługi swego i, im więcej
wzdycha on do samotności, tym w większy wir pracy i ruchu go
popycha. Proboszcz z Ars tak zawsze jasno patrzący w przyszłość,
rzekł mu razu pewnego: „Dobrze Ojciec robisz, że pracujesz koło
założenia Świętej Pustyni, ale co do siebie, mało z niej
korzystasz!"
Im cięższa była ofiara, tym Bóg więcej
błogosławił hojności sługi dobrego. Kto może zliczyć, ilu duszom
dopomógł do zbawienia, ile oświecił, ilu wskazał właściwą drogę, ile
zagrzał do gorętszej służby bożej? O sobie mawiał ze smutnym
uśmiechem, że rezydencja jego w wagonie, ale wysiadając z tego
wagonu szedł na połów dusz, a połów bywał niezmiernie obfity.
Wreszcie zabłysła chwila wytchnienia.
Otrzymawszy od prowincjała pozwolenie zamieszkania w Tarasteks,
pisze już z drogi z Kolonii do swego siostrzeńca: „Pobyt w Świętej
Pustyni wydaje mi się przedsionkiem do nieba, pragnę i łaknę go
niewypowiedzianie!"
Przyjęcie nowego pustelnika do
Eremu odbywa się z pewną uroczystością; modlitwy kościelne dodają
temu obrzędowi owego uroku i namaszczenia, którego nic zastąpić nie
może. Oto jak Herman był przyjęty przez braci pustelników, jak
święcą w Karmelu przyjazd szczęśliwego wzgardziciela świata, któremu
samotność z Bogiem w ubogiej celce odtąd wystarczy.
Przybywający karmelita
przyjęty jest przy odgłosie dzwonu, wchodzi zaraz do kościoła, gdzie
przed krucyfiksem dwie świece się palą. Ubrany w kapę pada krzyżem
na środku prezbiterium, podczas gdy zakonnicy psalmodjują hymn Veni
Creator. Potem przez chwilę w milczeniu się modlą za nowego
przybysza. Oddaje się go w opiekę Matce Boskiej Karmelu, odmawiając
Sub tuum praesidium, i zawiązuje się jakby rozmowa pomiędzy nowym a
dawnymi pustelnikami, złożona ze słów z Pisma św. wyjętych:
V.
Módl się za nami święta Boża Rodzicielko,
R.
Abyśmy się stali godnymi obietnic Chrystusowych
V.
Zaprowadzę go na puszczę.
R.
I będę przemawiał do serca jego.
V.
Pan mnie prowadzi i na niczym zbywać mi nie będzie,
R.
W pastwiskach, na których mnie umieścił.
V.
Ześlij światłość twoją i prawdę twoją,
R.
One mnie zaprowadzą i doprowadzą na górę świętą Twoją.
V.
Będą upojeni obfitością domu twojego, R. I napoisz ich u zdroju
rozkoszy.
V.
Błogosławieni, którzy mieszkają w domu pańskim,
R.
Chwalić cię będą po wszystkie wieki.
V.
Miłosierdzie pańskie,
R.
Opiewać będzie na wieki.
V.
Panie wysłuchaj modlitwy moje,
R.
A wołanie moje niech do ciebie przyjdzie.
V.
Pan z wami
R.
I z duchem twoim.
Następują rzeczone modlitwy o spokój
wewnętrzny i wytrwanie w świętych ćwiczeniach pustelniczego życia:
„Napełnij Panie łaską pokoju sługę
Twego Augustyna-Marii od Najśw. Sakramentu, broń przeciwko
nieprzyjaciołom tego, który się oddaje w opiekę błogosławionej
Dziewicy Maryi.
„Boże zastępów! od którego pochodzi
wszelkie dobro, wlej w serca nasze gorącość Twej świętej miłości,
abyśmy Cię nade wszystko i przede wszystkim kochając, szczęśliwie do
Ciebie dojść zasłużyli.
Udziel Panie tej łaski sługom Twoim,
tutaj jako jedna rodzina zebranym, aby nieprzyjaciel dusz w niczym
im nie zaszkodził.
„Boże miłosierny! Boże litościwy! bez
którego nic dobrego przedsięwziąć nie możemy i nic dobrego dokonać,
udziel sercom naszym niewzruszonej stałości w miłości Twojej i
ustrzeż nas od wszelkiego wahania się i pokusy w przedsięwzięciu za
łaską Twoją postanowionym.
R.
Amen.
Po tych modlitwach wszyscy
udają się do sali Zgromadzenia. Tam według zwyczaju każdy z
zakonników daje nowemu przybyszowi słowo dobrej rady, krótką
sentencję duchowną, która w skrzętnych rękach jego ma się zamienić w
owoc cnót.
Następnie przeor, (według ceremoniału)
zapytuje przyszłego pustelnika, po co przyszedł do eremu, co w nim
chce znaleźć?
Posłuchajmy odpowiedzi O. Augustyna:
„Przewielebny Ojcze i Wielebni Bracia!
Przyszedłem tu szukać Jezusa! od mego nawrócenia jego tylko szukam,
jego tylko pragnę!... Gdziekolwiek byłem, wszędzie Go szukałem i
starałem się dać Go poznać. Ale niestety! mało dusz nauczyłem znać
Go i ukochać, przynajmniej, mało według pragnień moich, mało sam Go
znajdowałem w pośród gwaru świata! I dlatego, przewielebny Ojcze i
ukochani Bracia! przychodzę się schronić między was z gorącem
pragnieniem, by do was należeć! Wszak zechcecie dopomóc mi waszym
przykładem i waszymi modłami do znalezienia Tego, którego ukochała
dusza moja? do poznania Go i miłowania więcej niż dotąd?..."
Ze wzruszeniem wysłuchali
zakonnicy wyrazu tak pobożnych i tak pokornych uczuć. Przeor
odpowiada kilku słowami zachęty, po czym bratni uścisk zakończa
ceremonię. Po małej chwili znowu pusto na sali i na korytarzach,
znowu uroczysta cisza zalega. Wszyscy pustelnicy powrócili do cel
swoich i nie wyjdą z nich jak tylko na wspólne ćwiczenia duchowne,
nie przemówią do siebie, chyba dwa razy na miesiąc na konferencji
wspólnej.
Zaledwie O. Augustyn zaczął
używać słodyczy samotności, gdy Bóg go doświadczył chorobą,
zagrażającą opuszczeniem ukochanego eremu. Oto co pisze do
siostrzeńca w dniu 10 Października 1868: „Pobyt w Świętej Pustyni
przedziwnie odpowiada pociągom duszy mojej; zdrowie w ogóle także
dobre oprócz oczu, na które zapadłem. Doktor wymaga, abym jechał do
Bordeaux poradzić się specjalisty, może dostanę obiediencję od O.
Jenerała przed świętem naszej Matki św. Teresy. Tą poradą dosyć się
turbuję, obawiając się, że, jeśli kuracja będzie trudna, każą mi
opuścić Świętą Pustynię".
Doktorzy w Bordeaux zalecili
wypoczynek umysłowy najzupełniejszy i posilniejsze pożywienie. Z
wielkim swym żalem O. Augustyn musiał wziąć ciepłe obuwie i zezwolić
na niektóre inne ulgi konieczne. Poddał się tymczasowo tym
przepisom, ale niewiele ufając środkom ludzkim, postanowił do
niebiańskiej Lekarki zapukać o pomoc. Pojechał do Lourdes prosić o
uzdrowienie, a jak go Matka Najświętsza wysłuchała, zobaczymy w
liście następnym do członków Bractwa Dziękczynienia, istniejącego
już w pięciu miastach.
Pax Christi.
Bagnères 6 Listopada 1868.
Drodzy moi bracia w Jezusie
Chrystusie!
„Oto otrzymałem nowy dowód
dobroci Matki Najświętszej dla swych dzieci, a przychodząc z wami
się podzielić tą wiadomością, czuję serce moje przepełnione
pociechą.
„Już od przeszłego roku
uważałem, że mój wzrok wskutek pracy znacznie się osłabił.
Spędziwszy ostatnie 6 miesięcy w naszej ukochanej Pustyni pod
Tarasteks, dostałem tamże oftalmii tak niebezpiecznej, iż
posłuszeństwo nakazało mi pojechać do Bordeaux radzić się sławnego
okulisty. Już na miesiąc przedtem zakazano mi zupełnie czytać, nawet
brewiarza. Okulista zbadawszy dokładnie moje oczy, zastał je w
bardzo złym stanie i oświadczył, że żadne leki nie będą mogły
zapobiec zapaleniu, a po najmniejszym zapaleniu trzeba będzie
przedsięwziąć operację... Pomimo szkieł i różnych ostrożności,
pomimo różnych ulg w ostrości naszej reguły po powrocie z Bordeaux
czułem coraz większe osłabienie wzroku; nie mogłem znieść ani
światłości dziennej, ani lampy, ani nawet świecy, a żeby przeczytać
kilka wyrazów, musiałem się zdobyć na bardzo bolesne wysilenie.
Wówczas to podano mi myśl odprawienia nowenny do Matki Boskiej z
Lourdes, która uzdrowiła tylu niewidomych.
„Ta myśl uśmiechnęła mi się
daleko więcej aniżeli kuracje lekarskie. Przypomniałem sobie, ze
przed 22-ma laty Najświętsza Panna uprosiła dla mnie u Syna swego
uzdrowienie z daleko gorszej ślepoty, że z tej samej ciężkiej,
dusznej niemocy uleczyła kilku moich krewnych, że matce mojej,
umierającej bez Chrztu, uprosiła żal i pragnienie nawrócenia;
pomyślałem, że te cuda w porządku duchowym daleko trudniejsze były
aniżeli uzdrowienie w porządku materialnym, więc nie wahałem się
wierzyć silnie, że mnie Matka Boska uleczy!
„Nowennę zaczęliśmy w dzień
Archanioła Rafaela, który uzdrowił Tobiasza ze ślepoty. Codziennie
obmywałem oczy wodą z cudownego źródła i codziennie gorąco się
modliłem do Niepokalanej Panienki i wiele dusz pobożnych modliło się
ze mną.
„Szóstego dnia udałem się
piechotą z Bagnères do Lourdes i starałem się tę podróż odprawić
prawdziwie jako pielgrzym. Już w dniach poprzednich odczuwałem
znaczną ulgę, zwłaszcza w chwili, gdy ową cudowną wodę przykładałem
do oczu. Żadnych innych leków nie używałem.
„Wreszcie dziewiątego dnia, w
sam dzień Wszystkich Świętych, będąc w samej grocie i przy tym
źródle, które wytrysnęło na rozkaz Najśw. Panny, poczułem, że
cierpienie zupełnie ustało. Od tej chwili piszę i czytam, ile mi się
podoba bez okularów, bez żadnej ostrożności i bez żadnego wysilenia;
mogę patrzeć na światło słoneczne, na lampę gazową lub świecę bez
najmniejszego bólu; powróciłem do sandałów, do wygolonej tonsury i
otrzymałem to, czego nade wszystko pragnąłem, iż mogę dalej
prowadzić życie pustelnicze w naszym kochanym eremie. To uzdrowienie
według mego najgłębszego przekonania jest cudem, który zawdzięczani
przyczynie Najświętszej Panny.
„Dlatego czuję konieczną
potrzebę rozgłoszenia dobroci Serca naszej najlepszej Matki i
błagania usilnie wszystkich dusz, które Ją kochają, aby łączyły się
ze mną w dziękczynieniu i aby we wszystkich potrzebach swoich z
ufnością zwracały się do Maryi".
W kilkanaście dni później, 12
listopada, O. Augustyn powrócił do Lourdes odprawić Mszę
dziękczynną, po której w rzewnych słowach przemówił do obecnych,
dzieląc się z nimi uczuciami radości i wdzięczności, które serce
jego tak czułe i gorące zaledwie objąć mogło.
Biskup genewski, znany w świecie
katolickim ks. Mermillod, od dawna pragnął przyciągnąć do swego
miasta O. Augustyna; kilkakrotnie ułożona wyprawa misyjna do Genewy
nie udała się, wreszcie na Wielki post 1869 r. uprosił biskup
Mermillod u prowincjała przyjazd O. Augustyna z kazaniem pasyjnym;
opuścił pustelnik mury eremu i podążył do wielkiego miasta głosić
chwałę bożą; zaledwie jednak ukończył powierzoną mu pracę, powrócił
pospiesznie do Świętej Pustyni.
Tu przeor powierzył mu
skromny, ale dla pobożnego zakonnika bardzo miły urząd zakrystiana.
Z największą troskliwością starał się o ochędóstwo i ozdobę kościoła
i w najdrobniejsze szczegóły wchodził osobiście, nie żałując trudu i
starania.
Tu także pod wpływem błogich uczuć,
jakie w świętej samotni duszę jego napełniały, spisał nowy zbiór
pieśni pod tytułem: „Tabor". I tytuł i podniosłe melodie wyrażały
wymownie stan wewnętrzny piszącego, stan pociech duchownych,
ścisłego zjednoczenia z Bogiem, oderwania od ziemi a zatopienia w
uniesieniach mistycznej miłości.
„Czuję czasami – pisał – jakoby
dotykalne zetknięcie się duszy mojej z Bóstwem i pociąg do poddania
się bez oporu przedziwnym działaniom łaski..."
„Jezus sam! – pisze w innym liście –
nie ma piękniejszej melodii nad te dwa słowa, które lubię w twych
listach odnajdywać. Jakież wyrazy mają podobną słodycz, podobną
siłę? Bądź pewna, iż zawsze znajdą one odbicie w sercu znojem! Niema
prawdziwego szczęścia, jak. w Jezusie samym i serca nasze nie znajdą
spokoju jak w pogrążeniu się w Jego Sercu, tak bogatym w dary!"
Z głębi swej Pustelni O.
Augustyn zajmował się ciągle rozszerzeniem Adoracji nocnej. W czasie
Soboru watykańskiego pisał do przyjaciela, będącego w Rzymie, aby
korzystał z pobytu w Wiecznym mieście tylu biskupów i prałatów i
propagował między nimi myśl Adoracji, mianowicie między biskupami
hiszpańskimi, aby przez to nabożeństwo uprosili spokój i zgodę dla
kraju swego.
„Tutaj – dodaje – jesteśmy co noc od
północy do 2 godziny przed Najśw. Sakramentem, śpiewając oficjum i
modląc się. W czasie tych nad wyraz słodkich godzin łączę się z wami
i z całym Stowarzyszeniem...
„Doznaję w samotni naszej szczęścia
prawdziwego, głębokiego pokoju serca i przekonywam się coraz lepiej,
że to prawdziwy żywioł zakonnika!"
Ale spokój przerywany był
pracą, czasem przeciwnościami. W dniu 17 Lutego 1870 r. pisze O.
Augustyn: „U nas w tej chwili prawdziwy szpital. Nie na próżno
prosiłem zeszłego roku o urząd infirmarza! Od dwóch tygodni O.
przeor leży z raną w nodze. Jeden z braci rzucony przez mula o mur,
złamał rękę, przynajmniej przez miesiąc nie będzie się mógł ruszać.
Podprzeor bardzo silnie zakatarzony, ja mam kilka niemiłych wrzodów,
ale chodzić mogę. Trzech nas tylko pozostało do dziennego i nocnego
oficjum i innych obowiązków reguły.
„Prowadzę więc, jak widzisz, życie
zarazem czynne i kontemplacyjne, a nawet najlepsza cząstka mnie się
dostała, kiedy mogę drugich pielęgnować. Ten urząd bardzo mi do
smaku przypada i zdaje mi się, żebym chętnie spędził moje życie w
sali szpitalnej jako infirmarz. „Zresztą mam dobre zdrowie i dobry
humor Chciałbym tylko, aby Pan Bóg był tak ze mnie kontent, jak ja
szczęśliwy jestem ze sposobu, w jaki się ze mną obchodzi!"
W kilka dni potem O. Augustyn
znowu musiał opuścić Świętą Pustynię. Jechał do Poitiers na Wielki
post z kazaniami pasyjnymi. Tu go spotkała dotkliwa przeciwność:
choroba powaliła go o łóżko i nie mógł dokończyć szeregu kazań.
Cierpienie swoje ofiarował Bogu za słuchaczy swoich, „a nie mogąc
mówić do nich o Panu Jezusie, mówił jak najwięcej P. Jezusowi o
nich".
Wyjeżdżając z Poitiers, musiał
nasz Ojciec zatrzymać się kilka tygodni w Bagnères, aby odzyskać
utracone siły. Wróciwszy do Świętej Pustyni, niedługo się cieszył tą
lubą samotnością, której tak łaknął! Kapituła Karmelitów francuskich
zebrana w maju 1870 r. zamianowała go pierwszym definitorem
prowincji i mistrzem nowicjuszów. Bóg przemówił przez usta zebranych
braci; O. Augustyn pożegnał się z ukochaną celką, ostatni raz
tęsknym wzrokiem popatrzał na poważne mury Pustelni i podążył do
domu nowicjackiego w Broussey.
Życie Hermana już dobiega do końca.
Zanim przypatrzymy się ostatnim jego pracom, rzućmy okiem na całość
tego pięknego żywota, na cnoty i na cechy charakterystyczne naszego
mnicha-apostoła.

Gorliwość O. Augustyna o
zbawienie dusz
O. Augustyn kochał dusze; całe
życie jego jest tego wymownym dowodem. Kochał je zaś miłością
czynną, poświęconą; mawiał czasami do osób, z którymi bliskie miał
stosunki, „iż aby jedną duszę zbawić, poszedłby na kraj świata,
choćby tam miał zginąć", a czyny jego dowodziły, iż w tym nie było
przesady, gdyż, aby dopomóc jakiejkolwiek bądź duszy, nic go
wstrzymać nie mogło, ani choroba, ani trudy, ani podróże,
wszystkiego gotów się był podjąć, byle ta dusza zbliżyła się do
Boga, byle go więcej ukochała i lepiej mu służyła.
Widzieliśmy, jak prace
apostolskie pożerały cały czas, całe życie O. Augustyna; z
podziwieniem przychodzi nam zaznaczyć, iż w pośród tylu podróży, w
pośród tak ciężkiej kaznodziejskiej pracy, przy zakładaniu kilku
zakonnych domów miał jeszcze czas na liczne korespondencje, mające
jedynie na celu dobro dusz. Dziś te listy są setkami przechowywane w
pobożnych rękach, które je uważają jako skarb prawdziwy dobrych rad
i mądrego kierownictwa na drogach bożych. Nie ma w nich nic
niepotrzebnego, żadnych wiadomostek, żadnych ozdób stylu. O.
Augustyn w listach swoich wprost zmierza do celu, zachęca, oświeca,
naucza, a szczególniej zagrzewa do miłości bożej i do uwielbienia
owej Tajemnicy Ołtarza tak mu drogiej.
Wielka liczba tych listów jest
do rodziny: jak porządek boży przepisuje, dusze najbliższe były mu
najdroższe i najskwapliwiej pracował nad ich nawróceniem lub
utwierdzeniem w dobrem. O dawnych przyjaciołach także nie zapominał
i modlił się zawsze gorąco, aby im wyjednać powrót na dobrą drogę.
Widzieliśmy, z jaką pociechą serca dawnemu mistrzowi ułatwił powrót
do Boga; pragnął i pani Sand oddać tę samą przysługę, ale tę biedną
duszę już nic szlachetnego, nic wyższego przynęcić nie mogło; z
sarkazmem na ustach przyjęła pierwsze słowo O. Hermana i odwróciła
się od niego.
Jeśli dusze w świecie żyjące
były mu drogie, ileż więcej dusze braci zakonnych, złączonych z nim
tak ścisłymi więzami. Kilkakrotnie uczucia te widział boleśnie
zranione. Pierwszy, który nie „dotrwał aż do końca", był ów
izraelita nawrócony i gorącem słowem O. Augustyna na kazaniu u św.
Sulpicjusza do Karmelu przywabiony, O. Bernard Bauer. Po ciężkiej
chorobie dał sobie wytłumaczyć. iż lepiej zrobi, jeżeli zakon
porzuci, i choć O. Augustyn pisał do niego „nie uczyniłeś profesji
tylko aż do choroby, ale aż do śmierci", prosił Ojca św. o
sekularyzację i zrzucił sukienkę Najśw. Panny. Tyle więzów, tyle
podobieństw łączyło te dwie dusze, iż upadek jednej musiał boleśnie
zapisać się w tajnikach drugiej.
Straszniejszym jeszcze, ciosem, było
wystąpienie z Zakonu smutną sławą okrytego O. Hiacenta
Loyson. O. Augustyn nie mógł przewidzieć i nie dożył
ekscesów, jakimi ów nieszczęsny zakonnik napiętnował swoją
apostazję, ale ciężkim przeczuciem dręczony, robił, co mógł, aby go
wstrzymać na brzegu przepaści; oto list, jaki doń wówczas napisał ze
Świętej Pustyni 27 Września 1869 roku:
„Najdroższy O. Hiacencie! Zechciej
przychylić ucha do głosu przyjaciela, który cię błaga, abyś wszedł
sam w siebie, powrócił do braci, którzy cię kochają, do kościoła,
którego masz być sługą, podporą, a nie sędzią! Możesz jeszcze
zaśpiewać wraz z nami te pełne pociechy słowa: Ecce quam bonum et
guam jucundum habitare fratres in unum! Rzuć okiem w głąb serca
tych, których odstąpiłeś, przypomnij sobie święte radości, których
doznałeś w Karmelu!... Nie, nigdy nie uwierzę, abyś znalazł spokój
sumienia w obecnym twym położeniu. Ten błogi spokój dopiero
odnajdziesz, gdy wrócisz do twej duchownej rodziny i gdy zawołasz:
Surgam et ibo ad patrem meum, et dicam ei: Pater, peccavi in
coelum et coram te!
„O mój najdroższy! droższy sercu memu
niźli możesz przypuścić! spiesz się, jeszcze czas po temu! Uściskamy
cię, zapłaczemy razem, rany twoje opatrzymy oliwą i winem dobrego
Samarytanina!... Zaklinam cię przez miłość Maryi, Matki Bożej, którą
nas nauczyłeś kochać tak serdecznie, w imię Dziewicy Maryi, Królowej
Karmelu, powróć do tej przystani bezpiecznej, gdzieś był tak
szczęśliwy i gdzie przysiągłeś, że żyć będziesz i umierać!
„Nie mogłem oprzeć się potrzebie serca
mego, która mnie zmusiła do postania ci tych kilku stów! Nie odrzuć
prośby przyjaciela, błagam cię na klęczkach! Pociesz dusze pobożne,
tak zasmucone twoim postępowaniem. Obsecramus pro Christo.
Można wszystko w tym życiu naprawić, byle serca nie zatwardzać przed
łaską. Możesz wzgardzić moją prośbą, jeśli wśród swego otoczenia
znajdziesz przywiązanie równie czyste, bezinteresowne, szczere jak
moje.
W Jezusie i Maryi, twój niegodny brat
Augustyn od Najśw. Sakramentu.
Ta rzewna odezwa nie wzruszyła
winowajcy, który, jak wiadomo, brnął coraz dalej na drodze błędu W
rok potem O. Augustyn już nie żył; zapewne jeszcze u stóp Majestatu
bożego wstawiaj się za ciężko winnym lecz zawsze drogim bratem.
Pracę apostolską prowadził O.
Augustyn jako kaznodzieja i jako spowiednik. Pomówmy najprzód o
kaznodziei.
Nasuwa się tu pytanie: czy Herman był
mówcą? jeśli chodzi o zasady ścisłej retoryki, o wymowę akademicką,
o geniusz wreszcie, nie, mówcą takim nie był. O. Augustyn miał ten
rodzaj wymowy, co przekonywa, co chwyta za serce, co dosięga
najtajniejszych strun duszy ludzkiej. Przygotowywał się gruntownie
do swych kazań, często je spisywał w całości, w ogóle rzucał na
papier główniejsze myśli i plan kazania, ale przede wszystkim
rozmyślał, modlił się i szedł na kazalnicę, nie myśląc o wrażeniu,
jakie uczyni, nie troszcząc się o ludzkie środki powodzenia i o
ludzkie pochwały. A jednak sam poznawał, że ta obojętność jest
trudną. Ufał w pomoc łaski, pewien, że ta pomoc nigdy go nie
zawiedzie, ale ta ufność nie odwodziła go od pracy, o czym świadczą
stosy papierów zapisanych jego ręką. Najdzielniejszą bronią jego w
kazalnicy była miłość, wielka miłość Boga i miłość dusz; tą kruszył
serca i najoporniejszych często rozbrajał.
Z tą samą miłością zasiadał w
konfesjonale; dla wielkich grzeszników był szczególniej dobroci
nieporównanej. Przyjmował ich ż twarzą uśmiechniętą; miłosierdzie i
łaskawość tchnęły ze spojrzenia, z każdego słowa. Gdy już czuł się
panem położenia, nie od razu wielkich rzeczy wymagał, pomału, po
trochu wprawiał do ofiar, do cnoty, ułatwiał tą wielką słodyczą
zerwanie z dawnymi zwyczajami. Chwilami tak dziwny wpływ wywierał,
tak potężny, a tak niezwykły wiał od niego urok, iż czuć było
wyraźnie, że Bóg działa przez swoje narzędzie, że boża łaska spływa
przez usta człowieka śmiertelnego.
O. Augustyn był dobrym dla
wszystkich, ale był prawdziwie Ojcem dla dusz, które się pod jego
kierunek oddawały. Umiał jednak połączyć łagodność ze stanowczością
i nie przechylał się nigdy do praktyk pobożności więcej
czułostkowych jak gruntownych. Miał pojęcie wysokie o roli i
odpowiedzialności dyrektora dusz, z prawdziwym namaszczeniem brał
się do dzieła, ale też wymagał posłuszeństwa zupełnego. „Bądź uległą
– do jednej penitentki – a będziesz miała pokój serca, posłuszeństwo
chroni od grzechu".
Przytoczymy tu słowa o
dyrekcji Ojca Hermana jednej z tych dusz, które najwięcej korzystały
z jego kierunku.
„O. Augustyn zupełnie innym jest w
konfesjonale niż na ambonie; jest surowszy, choć niemniej
pociągający. Słowo jego krótkie, zwięzłe, dziwnie silne i przenika
aż do głębi duszy. W dyrekcji jest absolutny i dusza, która jego
kierunkowi powierzyła się, musi umrzeć dla wszystkiego, co ziemskie,
co ludzkie. W stosunkach z tymi duszami rzadko jest serdeczny,
raczej stanowczy, prawie zimny. A jednak ta dyrekcja ma pewien urok,
który trudno wytłumaczyć. Tak dobrze się czuje, że jest ojcem, w
najzupełniejszym tego słowa znaczeniu! że interes jego dla duszy
jest pełen poświęcenia, że można mu zaufać bez granic. Raz zaznawszy
tego kierunku silnego i surowego, ale ojcowskiego, trudno się obejść
bez niego i pomimo oddalenia szuka się go, bo dusza ojca z duszą
dziecka w Bogu na zawsze zespolone!"
O. Augustyn kierował osobami
najróżniejszego stanowiska i wielkie panie i proste służące. Mimo
trudnych warunków, w jakich żyją osoby światowe, umiał je odrywać od
marności doczesnych, a prowadzić ścieżkami doskonałości. Znajdujemy
w jego listach rady następujące, dane osobie młodej i bogatej:
„Używaj rzeczy tego świata, jakoby ich
nie używając, to jest nie szukając w nich smaku i przyjemności.
Niech dusza twoja, twój umysł, twoja pamięć zostaną przywarte do
drzwiczek Tabernakulum, skąd Jezus patrzy na ciebie. Nie bądź smutną
albo nienaturalną, ale niech świat widzi, że jesteś, oderwaną od
wszystkiego!..."
„Rozmyślanie jest drogą niezawodną, aby
dojść do doskonałości; w rozmyślaniu uczy się dusza oderwania od
świata i życia w pośród niego na kształt wygnańca, który wzdycha za
ojczyzną. Najważniejszą rzeczą jest, aby nie smakować sobie w
światowych przyjemnościach, a to właśnie owocem jest rozmyślania,
gdyż ono nam oczy otwiera i przekonywa, jakie to wszystko błahe i
jak w Jezusie samym szczęście znaleźć możemy. Zamiłowanie rzeczy
ziemskich nie może zgodzić się w sercu z posiadaniem Boga miłości.
On jest Panem zazdrosnym, chce sam być kochanym, upragnionym,
wybranym...
...„Z punktu widzenia doskonałości
lepiej być zupełnie obojętnym co do chwili, kiedy Bóg śmierć
przyśle; tak umiłować wolę bożą, tak pragnąć, aby się w nas
spełniła, iżby sto lat życia. lub zakończenie ziemskiej pielgrzymki
dziś wieczór równe poddanie się w nas budziło...
... „Staraj się jak najmniej myśleć o
strojach. Niech wszystko, co może podniecić próżność i miłość własną
będzie ci obojętnym...
...„Nasze ja zanadto jest małą i nadto
brzydką rzeczą, aby zwracać uwagę drugich. Nasz Zbawiciel jest tak
piękny i tak pociągający, iż to prawdziwym szaleństwem być czym
innym jak Nim zajętym... Myśl o Jezusie, nie zaś o sobie, a Jezus
będzie o tobie myślał. Gdy się wahasz, gdyś niepewna drogi swojej,
niech myśl o Nim ratuje cię. Gdy szatan pychy chce cię kusić, myśl o
pokorze Jezusa, który wziął na się postać sługi i upokórz się niżej
jeszcze, a będziesz na właściwym sobie miejscu. Gdy przyjdzie ci
chętka wszystko porzucić, pomyśl, jak słodki Jezus, jak godny
kochania, jak dobry i miłosierny, a wówczas odwaga ci powróci!"
W listach do kobiet, w świecie
żyjących, Ojciec Augustyn często powraca do potrzeby unikania
zbytnich strojów, próżności; gdy chodziło o nabycie cnoty pokory,
wchodził w najdrobniejsze szczegóły. Ale najchętniej i najczęściej
powracał do miłości Jezusa nade wszystko.
Kierownictwo Ojca Hermana było
praktyczne; nie szukał dla dusz, które prowadził, dróg
nadzwyczajnych.
„Powinnaś czynić – pisał –
najzwyklejsze sprawy życia twego z wielką czystością intencji,
oddając je wszystkie P. Jezusowi, zwłaszcza przed rozpoczęciem ich i
szukając jedynie podobania się Jemu. Ta jest droga najpewniejsza:
szukanie doskonałości w rzeczach zwyczajnych, w codziennym życiu...
„Co do majątku i obfitości środków
materialnych o to tylko chodzi, abyś do tych rzeczy serca nie
przywiązywała, bo zresztą trudno uniknąć, co przyszło bez twego
wyboru, z woli Opatrzności. Przez zbytek i bogactwa trzeba przejść
sercem czystym i dziękować Bogu za to, co jest darem dobroci Jego".
O. Augustyn miał specjalną
łaskę do wzmacniania dusz słabych i do odrywania powoli i łagodnie
od ziemi serc, które Bóg chciał wyłącznie posiadać. Umiał także
nieraz jednym słowem dodać odwagi duszom dręczonym pokusami
zniechęcenia lub rozpaczy. I tak razu jednego pewna zakonnica ze
szpitala w Lyonie, trapiona już od lat piętnastu myślami
rozpaczliwymi i pokusą opuszczenia Zgromadzenia, weszła niemal
machinalnie do kościoła Karmelitów i uklękła, aby się pomodlić. Wtem
widzi zakonnika przechodzącego przez kościół, zdaje jej się, że go
już kiedyś widziała. Ale gdzie? chyba we śnie, gdy jej się zdało, że
Bóg pomoc w udręczeniu jej zsyła. Wstaje i idzie za nim aż do
konfesjonału, a po dłuższej chwili, wstaje z błogim pokojem serca i
z radością, której już nigdy utracić nie miała.
O. Augustyn nigdy nie
zapomniał o tej biednej duszy, którą mu Pan Bóg przyprowadził. Na
trzy miesiące przed śmiercią jeszcze pisał do niej:
„Droga córko w Chrystusie! Bardzo się
listem twoim ucieszyłem i głęboko przejął mnie opis kary bożej nad
tymi, co sprofanowali nasz kościół.
„Dobrze robisz, że trwasz na twoim
stanowisku; ileż dusz możesz zbawić pomiędzy tymi chorymi i rannymi!
szczególniej, jeśli tę pracę podejmować będziesz jedynie z miłości
naszego ukochanego Jezusa.... Ach, jakże On kochania godny!...
Kochaj Go gorliwie, namiętnie, wydajmy się całkiem na Jego służbę,
tak jak On się całkiem dla nas poświęcił, a zwłaszcza w Eucharystii
i Komunii św., gdzie się duszom udziela wraz ze skarbami łask
niebiańskich... Czy ci kiedy jeszcze będę mógł podać ten Chleb
Anielski? nie wiem. Wszystko jest możliwym miłości Jezusa ku nam.
Tymczasem, kochajmy Go co dzień, a co dzień bardziej..."
Z tym samym poświęceniem, z
tym samym wylaniem O. Augustyn zajmował się duszami prostaczków, a
jeśli okazywał coś podobnego do wyłączności, to raczej im, aniżeli
wielkim tego świata. "Co mnie najwięcej budowało w O. Hermanie –
mówiła poczciwa kobieta z Lourdes – to jego gotowość do udania się
do konfesjonału, kiedykolwiek go o to proszono. Musiał niemało
zadawać sobie pracy dla prostych i maluczkich, kiedy go nazywano
„spowiednikiem służących".
Wiele powołań zakonnych O.
Augustynowi zawdzięcza światło w chwili stanowczej i dokonanie
świątobliwego zamiaru. „On to – pisał po śmierci Hermana pewien
karmelita – trzynaście lat temu otworzył mi drzwi Karmelu, badając
przez kilkanaście dni z największą starannością moje powołanie,
wyrzekł wreszcie: „Pan Bóg cię chce mieć w Karmelu", a słowo to tak
mi się głęboko w sercu wyryło, iż w różnych przeciwnościach było
moją jedyną podporą".
Pewien młody człowiek ze
szlacheckiej rodziny, mający niezwykle piękny głos i wysokie
wykształcenie artystyczne, przywiązał się do Karmelitów i lubił
zwłaszcza z O. Hermanem jeździć na misje i śpiewem w kościele
przyciągać tłumy, które przy tej sposobności posłyszały słowo boże.
Łaska za pośrednictwem O. Augustyna tknęła jego serce i w 34 roku
życia opuścił ponęty świata i zamknął się w ciszy celki
karmelitańskiej. W dalszym życiu okazał się godnym mistrza swego,
odważną wolą i zakonnymi cnotami przyświecając braciom. Piękny głos
jego nic nie stracił na uroku mimo surowego życia, a w oddaniu
pieśni kościelnych, zwłaszcza utworów O. Hermana, nabiera osobnego
dźwięku, poruszającego serca aż do głębi.
Ciasne ramy tęgo życiorysu nie mogą
objąć niezliczonych dowodów gorliwości Ojca Augustyna o dusz
zbawienie. Tu i owdzie wyjęte przykłady dadzą pojęcie o rozległości
i o charakterystycznych cechach jego pracy apostolskiej; liczbę zaś
dusz nawróconych, pocieszonych i utwierdzonych w dobrem aniołowie
zapewne spisali w księdze żywota.

Apostoł Eucharystii
Wszystko, cośmy dotąd
powiedzieli o wielkiej miłości Ojca Hermana dla Najśw. Sakramentu,
wystarcza, aby usprawiedliwić tytuł „apostola Eucharystii", dany mu
jednogłośnie; celem bowiem jego życia było uwielbienie tajemnicy
Ołtarza. Od chwili, gdy łaska tknęła jego duszę i zwróciła z ścieżki
bezbożnych, serce jego bić żywo poczęło dla Jezusa utajonego w
Hostii i ta miłość pałająca ani na chwilę nie osłabła. Widzieliśmy,
że, świeżym neofitą będąc, zaprowadzi! Stowarzyszenie Adoracji
nocnej; jako zakonnik wedle sił i nad siłę pracował, aby rozkrzewić
to Stowarzyszenie, aby jak najwięcej wielbicieli przysporzyć
więźniowi miłości. O tym wszystkim mówiliśmy już dostatecznie; w tym
rozdziale przytoczymy kilka szczegółów, które nie znalazły miejsca w
ciągu opowiadania.
O. Augustyn ani jednego nie
wypowiedział kazania, w którym by nie wspomniał o Najśw.
Sakramencie; zobowiązał się do tego osobnym ślubem i można zapewnić,
że ściśle mu był wiernym. Wszystko, co się tyczyło tej Tajemnicy,
zachwycało go w niezwykły sposób; nie miał większej radości jak nową
świątynię Bogu ukrytemu wystawić, jak znów nie było dlań większego
bólu jak znieważenie Najśw. Sakramentu, lub świątyń pańskich.
Gdy w r. 1859 pojechał do
Wildbadu na wezwanie konającego ojca zaprowadzono go dla odprawienia
Mszy św. do wielkiej sali, gdzie protestanci i katolicy zarówno
swoje obrządki odbywali. Z wielkim bólem serca sprawił Najśw.
Ofiarę, a potem zapytał proboszcza, gdzie przechowuje Najśw.
Sakrament. Biedny proboszcz zaprowadził go smutnie do pobliskiej
kamienicy i tam na trzecim piętrze wskazał w zwyczajnej szafie
schowanie Pana nad Pany. Na ten widok O. Augustyn zalał się łzami,
padł na kolana i przez długie godziny wylewał przed upokorzonym
przedmiotem miłości swojej uczucia zbolałej duszy. Nie można było
ani żalu jego ukoić, ani go oderwać od tego miejsca, stokroć dlań
droższego niż wszystkie skarby świata. Zmuszony wreszcie powstać,
dowiedział się od proboszcza, iż ubóstwo katolików tamtejszych nie
pozwalało im wystawić kaplicy. Ojciec starał się dobrem słowem dodać
odwagi biednemu księdzu, a sam wyjechał z Wildbadu z mocnym
postanowieniem szukania sposobów dla wystawienia tu Jezusowi nowej
świątyni.
W kilka tygodni potem
przemawiał z kazalnicy w Genewie. Zanim zeszedł z ambony, opisał
słuchaczom stan, w jakim zastał Pana Jezusa w pewnym mieście w
Niemczech; mówił z obfitości serca, więc słowa jego miały urok
nieporównanej wymowy i silnie poruszyły obecnych. Zaledwie wszedł do
zakrystii, staje przed nim osoba wykwintnej postaci i mówi:
„Ojcze, zechciej mi powiedzieć, w
którym to mieście Pan Jezus nie ma przybytku? jestem majętną i za
pomocą bożą mam zamiar wystawić tam kościół".
Pełen radości O. Augustyn dał żądane
wskazówki, a wkrótce potem dowiedział się od proboszcza w Wildbad,
iż kościół się buduje.
Ta wielka miłość ku Bogu
utajonemu musiała oczywiście silnie przebijać w dyrekcji dawanej
przez O. Hermana; gdy szczególniej odkrył w jakiej duszy ten sam
święty pociąg, słowa jego lub listy były płomieniste. Oto jeden z
takich listów:
„Niech żyje Jezus! Boska Eucharystia
niech będzie twoim światłem, twoim ciepłem, twoją siłą, twoim
życiem!
"Chciałbym, abyś tak żyła życiem Jezusa
ukrytego, iżby on kierował twymi myślami, uczuciami, słowami i
czynami... Chciałbym, abyś tak, jak Magdalena wylewała u stóp Jezusa
łzy swoje, tak ty wynurzała przed Najśw. Sakramentem wszystkie
pragnienia, uczucia, ofiary serca swego. Chciałbym, aby Eucharystia
była dla ciebie ogniskiem, w którym zatopiwszy się dusza twoja,
całkiem by się zapaliła miłością i poświęceniem; byś przed
Tabernakulum, gdzie się Jezus wyniszcza dla nas i ty składała ofiary
miłe Bogu; byś wreszcie sama stała się ofiarą miłości, „byś spłonęła
jak kadzidło, którego dym aż przed tron Najwyższego się wznosi!"
Życząc to innej duszy, opisywał
niechcący swój własny stosunek do Tajemnicy Ołtarza; czasem
wyraźniej nadmieniał, czym była dla niego ta Tajemnica, jak na
przykład w liście do siostrzenicy: „Odkąd cię pożegnałem, zamknąłem
się na Pustyni, aby spędzać życie na rozmowie z Bogiem ukrytym w
Ołtarzu": niemal stóp jego nie opuszczam, ani na chwilę nie czuję
znużenia lub przesytu!"
„Znam tylko – pisał znowu – jeden dzień
piękniejszy od dnia pierwszej Komunii św., to jest dzień drugiej
Komunii i tak dalej, a dalej!..."
Z tym samym uczuciem pisał na kilka
miesięcy przed śmiercią:
„Chciałbym karmić się Chlebem Anielskim
co chwila! to tylko znam dobre i słodkie w tym życiu!"
„Bracia moi – wołał w jednym kazaniu –
zapraszam was wszystkich na tę ucztę! Odkąd do niej po raz pierwszy
zasiadłem, każdy inny pokarm czczy i mdły mi się wydaje. Młodzi
światowcy! ja znam wasze złudne uciechy; znam wasze świetne
zebrania, po których smutek i gorycz w sercu zostaje; znam te
przyjemności, za którymi gonicie i twierdzę – a musicie przyznać, że
się nie mylę – iż tylko rozczarowanie i zmęczenie jest ich owocem!
Odkąd Krew Chrystusowa popłynęła w moich żyłach, odkąd Bóg
zamieszkał w duszy mojej, wasze wspaniałe mieszkania wydają mi się
nędznymi lepiankami; odkąd promień światła padł na mnie z
Tabernakulum, mądrość ludzka jest mi oczywistym szaleństwem; odkąd
zasiadam na godach Barankowych, wasze uczty wydają mi się zatrute;
odkąd znalazłem port zbawienia, z bólem patrzę na wasze łódki
miotane przez wiatr/ i burze i wołam, proszę, błagam, przyjdźcie do
bezpiecznej przystani!... jeśli chcecie mi zawierzyć, za pomocą
Gwiazdy morskiej wskażę wam drogę do szczęścia!..."
Trudno suchym opowiadaniem
wyrazić, czym była ta gorąca miłość O. Augustyna dla Najśw.
Sakramentu, dlatego wolimy przytaczać jego pełne zapału odezwy,
które lepiej malują płomienne tej duszy porywy. Ci, co go znali,
wiedzą, iż gdy rozdawał przez dłuższy czas Komunię świętą, lub niósł
Najśw. Sakrament, ledwo mógł wzruszenie swoje pohamować i potem
opadał zupełnie z sił, jak ktoś, który przeszedł przez gwałtowne
wstrząśnienie. Tłumaczył raz znaczenie tych słów: Jesus Christus
hodie... „Jezus Chrystus dzisiaj – toć jest Boska
Eucharystia!... Dziś jestem słaby... potrzebuję siły, która od Boga
pochodzi; więc Jezus staje się pokarmem i posila mnie... to Chleb
mocnych.
„Dziś jestem nędzarzem, potrzebuję
schronienia, i Jezus przytula mnie do siebie... w domu jego znajduje
mieszkanie!
„Dziś pragnę i łaknę, potrzebuję
pokarmu, aby nasycił moje serce i umysł, potrzebuję napoju, aby się
ochłodzić.... i Jezus staje się winem i chlebem: frumentum
electorum et vinum germinans virgines.
„Dziś jestem chorym... potrzebuję
balsamu, aby opatrzyć rany duszy mojej... i Jezus jako wonny olejek
sam do serca wstępuje i osładza ból... impinguasti in oleo caput
nuum; oleo laetitiae unxi eum... fundens oleum desuper.
„Dziś chcę złożyć Bogu ofiarę milą
mu... i Jezus staje się ofiarą, staje się Eucharystią.
„Zbłądziłem, staje się gwiazdą moją;
zniechęcony jestem, podnosi mnie; zasmuciłem się, pociesza mnie;
osamotnionym się czuję, przychodzi zamieszkać przy mnie; umysł mój
waha się i błądzi, on mnie naucza i oświeca; a nade wszystko, tęskno
mi, potrzeba mi miłości, Jezus daje mi największy dowód miłości!
utaja się pod nikłą i przystępną Postacią, schodzi z Nieba na
wołanie moje i pociąga mnie, zanurza w oceanie miłości i słodkiego
upojenia!..."
Ta miłość do Najśw. Sakramentu
odzywała się co chwila u O. Augustyna, nie tylko w listach
duchownych i kazaniach, ale nawet w rozmowie potocznej. Raz przy
końcu obiadu podawano mu miodu. „Nie bardzo miód lubię – rzekł – ale
biorę go chętnie, bo to figura Boskiej Eucharystii!"
Innym razem chwalili przed nim
dzieło jakiegoś protestanta; niektórzy jednak utrzymywali, że jest
suchy, zimny. „Jakżeż chcecie, aby było inaczej – zawołał O.
Augustyn – toć on nigdy nie przyjął Tego, który rozgrzewa dusze
nasze!..."
Na krótki czas przed śmiercią
znajdował się nasz Ojciec w pośród rodziny nawróconej na katolicyzm,
niedaleko Genewy. Wśród podniosłej atmosfery, między sercami
rozumiejącymi jego własne serce, chętnie oddawał się poufnej
pogawędce. Mówiono o śmierci: „Co do mnie – rzekł O. Herman –
wolałbym umrzeć dziś jak jutro; bo dziś przyjąłem p. Jezusa, a nie
wiem, czy jutro będę go mógł przyjąć".
Szczególniejszą czcią i
miłością otaczał Świętych, którzy się odznaczali osobliwszą miłością
do Najśw. Sakramentu. Widzieliśmy, z jaką radością witał w Belgii
miejsca, uświęcone objawieniem się P. Jezusa św. Juliannie. W
Saintes żył wspomnieniem świątobliwej dziewicy Maryi Eustelli, która
– rzec można – spłonęła z miłości przed ołtarzem. Gdy rozpoczętą
została sprawa jej kanonizacji, wiadomość tę przyjął O. Augustyn z
największą radością. „Pisma jej dostały mi się po raz pierwszy do
rąk – pisze w r. 1850 – gdym był jeszcze w nowicjacie. Im więcej
wczytywałem się w nie, tym lepiej rozumiałem serce, z którego wyszły
te gorące westchnienia; czułem, że daleko bogatszy był skarb jej
uczuć, aniżeli to, co była w stanie wypowiedzieć!' Te same słowa
możemy my do O. Augustyna zastosować; wszystko, co mówi o swej
miłości do Jezusa utajonego, jest niczym wobec tego, co serce jego
czuje.
Aby dobrze poznać O. Augustyna, trzeba
go było widzieć przy Ołtarzu; tam twarz jego zawsze jasna i pogodna
przybierała wyraz nadziemski; można go było porównać tylko z
proboszczem z Ars.
Cokolwiek przypominało miłość
Zbawiciela dla ludzi, unosiło go święta radością. Kilkakrotnie
jeździł do Paray-le-Monial i dawał tam rekolekcje. Dobrze mu było w
tym kościele, gdzie P. Jezus objawił świętej powiernicy swojej
tajemnice Najsłodszego Serca i doznawał tam niezwykłych pociech i
rozkoszy duchownych.
Strażniczki tego świętego
miejsca, zakonnice Nawiedzenia, witały zawsze z radością gorliwego
Karmelitę i oceniały, jak należało, jego porywającą dla dusz
pobożnych wymowę. Po rekolekcjach z r. 1861 pisała jedna z zakonnic:
„Niepodobna mi wyrazić, jakie wrażenie gorące słowo O. Augustyna
czyniło na nas, szczególniej gdy się zwracał do Jezusa w Hostii
utajonego, do tego Jezusa, którego Imię co chwila miał na ustach z
wdziękiem i uczuciem nieokreślonym.
Zazdrość brała patrzeć na
takie zjednoczenie serc Mistrza i ucznia!" Podczas tych rekolekcji
jedna z Sióstr zapytała Ojca, co uczuł przy odprawianiu pierwszy raz
Mszy św. „ Com ja uczuł – rzekł – tak było silne moje wzruszenie
przy dotykaniu Boga rękami moimi, iż ciało nie zniosło tego
wstrząśnienia; od tej chwili jestem zawsze chory!"
W r. 1866 został zaproszony z
kazaniami podczas Triduum beatyfikacji błog. Małgorzaty Marii do
Paray. „Po Triduum – pisze przełożona Wizytek – dał nam pięć dni
rekolekcji z wielkim pożytkiem dla dusz naszych. Wszystkie nauki
miały jeden cel: rozbudzić miłość do Najśw. Sakramentu. Było coś
natchnionego w jego słowie. W tych drugich odwiedzinach O. Hermana
mogłyśmy zauważyć jak wielkie czynił postępy na drodze cnoty; pokora
jego zwłaszcza była zdumiewająca. Twierdzę śmiało, że przykład, jaki
nam dawał, nie mniej nam pomagał do dobrego jak nauki".
Pamięta czytelnik z czasów
nowicjackich O. Augustyna, jak żywe było jego nabożeństwo do
Dzieciątka Jezus. Przebija ono często w korespondencji Hermana.
Pisze raz do S. M. Pauliny te wpół żartobliwe, wpół rzewne wyrazy:
„Życzę Wam, by Dzieciątko Jezus tak
serca wasze rozpaliło miłością, iżby się one na popiół rozsypały! To
rozkoszne Dzieciątko zaprawdę głowę nam zawróciło i do szaleństwa
doprowadza! To łowczy nie lada! jak mądrze sieci zastawia i serca
nasze porywa! obyśmy ich nigdy nie odebrali! Ach! dojdźmyż do utraty
rozumu dla Jezusa! czyż On dla nas nie czynił szaleństw? czyńmyż to
samo".
Szaleństwo Żłóbka, szaleństwo
Krzyża, a nade wszystko niepojęta miłość Jezusa-Więźnia w Ołtarzach
naszych nie przestały zdumiewać O. Augustyna aż do ostatniej chwili
jego życia i pobudzać do tych gorących westchnień, do tych pobożnych
uniesień, które duszę jego podnosiły w inne, nadziemskie sfery.
Obyśmy i my w dalekim zetknięciu z tym
pełnym żaru sercem poczuli nasze serca poruszone do tkliwszej
miłości Jezusa!

Nabożeństwo do Najświętszej
Panny i Świętych. Miłość dla Kościoła
Ojciec Augustyn miał do Najśw.
Panny serdeczne, dziecięce nabożeństwo:
„Niech będą na wieki wychwalone – wołał
raz przy zaczęciu Majowego nabożeństwa – Imiona Jezusa i Maryi!
Jezus i Maryja przyciągnęli mnie do siebie! Maryja zaprowadziła mnie
do Jezusa, Maryja dała mi Jezusa! Ukazała mi Eucharystię, a
Eucharystia taki potężny urok na mnie rzuciła, iż odtąd już tylko
dla Jezusa i Maryi żyć chciałem! tak! jestem zakonnikiem Maryi, a
kapłanem Jezusa!"
Zauważał chętnie, iż początek
jego nawrócenia jak również siostry i małego Jerzego miały miejsce w
miesiącu Matki Boskiej, w maju.
O. Augustyn był jednym z
pierwszych pielgrzymów do groty ubłogosławionej objawieniami Najśw.
Panny w Lourdes. Było to w końcu r. 1858, w parę miesięcy po
cudownych zjawiskach. Władze miejscowe zaniepokojone zakazały
ludności gromadzić się w koło źródła i w swej wolnomyślnej
zarozumiałości przypuszczały, że prześladowaniem i szykaną położą
tamę objawom miłosierdzia bożego z jednej strony, a pobożnemu
zapałowi wiernych z drugiej. O. Augustyn, który by! wówczas w
Tarasteks, nie dał się zastraszyć wobec policyjnych weksacji i wraz
z proboszczem pojechał do Lourdes. Stanąwszy u zacnego ks.
Peyramale, nie bez trudności otrzymali od wójta pozwolenie
odwiedzenia groty z zastrzeżeniem, iż to ma się odbyć przed
pierwszym brzaskiem dnia.
„O godz. 3 z rana odprawiwszy Mszę
świętą – pisze ks. Roziès – poszliśmy do cudownego miejsca, ciemność
jeszcze zalegała ziemię, ale już spotykaliśmy gromadki ludzi
powracających z różańcem w ręku od źródła, niosących dzbanki
cudownej wody.
„Od miesiąca cierpiałem na silną
newralgię w głowie, O. Augustyn zaś cierpiał na serce; pomodliliśmy
się, obmyliśmy części ciała dotknięte wodą ze źródła i ból
natychmiast ustąpił.
"Powróciliśmy do wioski, aby zobaczyć
osoby uzdrowione przy źródle; pomiędzy tymi był biedny człowiek,
który wskutek utraty oka przez dwa lata doznawał dolegliwych
cierpień, po obmyciu twarzy wodą cudowną cierpienia zupełnie ustały.
Mówił nam ten człowiek, iż od tego czasu często chodzi do groty
dziękować Najśw, Pannie za wyzdrowienie i że ostatnim razem, gdy tam
był, słyszał w otworze skały jakieś dziwne, niezmiernie melodyjne
odgłosy dzwonów. „A wiesz, mój przyjacielu, co to znaczy? – rzekł na
to O. Augustyn - Oto na tym miejscu wybudują kościół i O. Herman
będzie w nim Mszę św. odprawiał! – „Daj to Boże! – zawołał poczciwy
wieśniak – i tego dnia pójdę do Ojca do spowiedzi!"
„Za powrotem do probostwa zastaliśmy
ciekawe gromadki po drodze, wyglądające naszego przybycia. O.
Augustyn przemówił do nich kilka słów: „Szczęśliwy ludzie! Matka
Boska uczyniła wam wielkie łaski! Łaskawym okiem spojrzała na waszą
miłość ku niej, boć rzeczywiście mało widziałem kościołów,
świadczących tyle o nabożeństwie ku Maryi, ile wasz kościół! przy
każdym ołtarzu jakieś przypomnienie z Jej życia! Bądźcie Jej wierni,
a łaski Jej nie ustaną i coraz pomnażać się będą!"
„Po długiej rozmowie z Bernardettą
powróciliśmy do domu najzupełniej przekonani o prawdziwości objawień
i cudów".
Wiemy z dalszego życia O.
Augustyna, iż o Lourdes nie zapominał i zawsze zachował żywą
wdzięczność dla Matki Najśw. za łaski tam odebrane. Pisywał nieraz
do przyjaciół w Pirenejach, polecając się modlitwom przy grocie,
sprowadzał wodę cudowną i troszczył się o dalsze losy Bernardetty;
ucieszył się bardzo, dowiedziawszy się, iż wstąpiła do klasztoru,
lękał się bowiem, iż otoczona takim rozgłosem, utracić może łatwo
prostotę i pokorę.
W Anglii, gdzie widzieliśmy
przez kilka lat gorliwą pracę O. Augustyna, przyczynił się
niezmiernie do rozszerzenia nabożeństwa ku Najśw. Pannie. W mowie na
kongresie katolickim w Malines, wyżej już przytoczonej, szeroko o
tym nabożeństwie mówi, zamilczając jednak o własnych zasługach, a
przypisując wszystko, co dotąd Anglia uczyniła dla czci Matki
Najświętszej, pracy kardynała Wisemanna i Ojców Towarzystwa
Jezusowego.
Oto odnośny ustęp tej mowy:
"Jęcząc pod ciężkim jarzmem
prześladowania, katolicy angielscy, którzy przechowali byli skarb
wiary, nie śmieli jednak zewnętrznymi oznakami nabożeństwa zadość
uczynić potrzebom serca. Nawet po emancypacji katolików ani
Najświętszy Sakrament ołtarza, ani Matka Zbawiciela nie odbierali
czci zewnętrznej od wiernych z obawy wyśmiania i szyderstwa
heretyków. Nie znano w tym biednym kraju częstej Komunii św. Ani
jeden posąg Matki Bożej nie rozweselał po kościołach oka duszy
pobożnej. Gdy kardynał Wisemann, wówczas młodym będąc księdzem,
wysławiał na kazaniu cnotę i chwałę Maryi, winszowano mu tej odwagi,
mówiąc, iż od niepamiętnych czasów nikt z ambony o Najśw. Pannie nie
mówił... To milczenie było rzeczą przyjętą, wydawało się rzeczą
konieczną. Dziś... ach! jakże inaczej! jakże słodko zakonnikowi
Maryi móc zawołać: Ufajmy! ufajmy, że wiara ten kraj zdobędzie na
powrót, gdyż Matka Najśw. odzyskała swe prawa na ziemi zwanej
dawniej „wianem Maryi!" Ta szczęśliwa zmiana datuje się od chwili,
gdy kardynał Wisemann wziął ster rządu kościoła w Anglii i gdy
Ojcowie Jezuici przyszli mu dzielną dłonią w pomoc.
"Dziś, moi panowie, jeśli praca
apostolska w Anglii wyciska jeszcze krwawe krople potu z czoła
kapłana, to z drugiej strony przytyka on już usta do kielicha
pociechy. A będzie to na zawsze chwałą Towarzystwa Jezusowego, iż
nie ustąpiło z tej ziemi wówczas, gdy straszne prześladowanie
zgładziło niemal do imienia zastęp księży angielskich, ono ustrzegło
iskrę tlejącą pod popiołem, ono wiarę utrzymało w tym nieszczęsnym
kraju. Cześć tym dzielnym żołnierzom Chrystusowym! Gdy w czasie
dwustu lat tułaczki i uciemiężenia katolicy angielscy na całej
powierzchni ziemi Albionu liczyli zaledwie stu księży, połowa tej
liczby stale należała do Towarzystwa Jezusowego!
„Obecny dom tego Zakonu w Londynie
powstał w/roku 1845. Natychmiast wystawili w swym kościele statuę
Niepokalanego poczęcia Najśw. Panny.
„Wkrótce potem, na trzynaście diecezji
nowo erygowanych, dwanaście zostało oddanych pod wyłączne opieką
Matki Bożej.
„Dziś nabożeństwo Majowe odprawia się
we wszystkich świątyniach katolickich. Powstały na powrót bractwa
Różańca, Szkaplerza, Serca Maryi.
„Wiem, że dają się słyszeć głosy
radzące więcej oględności w rozszerzaniu nabożeństwa do Maryi z
powodu chłodniejszego usposobienia natury angielskiej... jak gdyby
kto inny jak Maryja miał wytępić wszystkie herezje!... jak gdyby
można dopuścić się przesady w tym, w czym Bóg sam niejako się
przesadził!... Bo przyznajmy! czy najgorętsza miłość katolików może
więcej dla Najśw. Panny zrobić, niż Bóg sam dla Jej chwały uczynił?
Jak gdyby – dajmy jeden przykład – bractwo Szkaplerza św. nie było
na swoim miejscu na tej ziemi, gdzie Matka Boża objawiła je jednemu
właśnie ze synów tej ziemi?...
„Ojciec Faber ów wielki, nieodżałowanej
pamięci apostoł Anglii i przedziwny pisarz ascetyczny, nie byłby
radził podobnych ostrożności, on, który pisał: „Jeśli heretycy u nas
nie nawracają się, to pochodzi stąd, iż za mało w kazalnicach mówią
o Matce Bożej; Jezus nie jest kochany, gdyż o Maryi zapominają.
Ostatni krzyk jego, śpiew łabędzi tej pięknej duszy, było
napominanie księży angielskich, aby rozszerzali nabożeństwo do
Najśw. Panny, jako potężną dźwignię zbawienia i nawrócenia kacerzy!"
Skądinąd wiemy, ile do
niezaprzeczonych zasług kardynała Wisemanna i Jezuitów przyczyniła
się praca apostolska O. Augustyna w rozkrzewieniu wiary świętej i
miłości ku Maryi, na długo odłogiem leżącej ziemi angielskiej, ale
Święci mają to do siebie, iż nigdy własnych zasług nie widzą.
Pytano raz O. Augustyna, czy
mu się nie uprzykrzyły hołdy oddawane jego osobie. „Bynajmniej –
odrzekł – zawsze mnie, owszem, wzruszają. Co prawda nie odnoszę ich
nigdy do swojej osoby, ale do Najśw. Panny, której sukienkę noszę.
Jej wszystko oddaję, nawet moje Komunie św., gdyż Ją proszę, aby
przyszła do mego serca przyjąć Jezusa!"
„O Maryjo! – wołał raz w kazaniu – gdy
Ty mi dajesz Boga mego, ja opuszczam ziemską matkę, a idę za Tobą,
idę na ziemię Karmelu mlekiem i miodem płynącą! Już innej Matki mieć
nie będę, jak Matkę Jezusa w Hostii utajonego!
„Kocham Cię, o Maryjo! Ty mi bądź
towarzyszką w podróży życia jako arka przymierza, jako brama
niebieska, jak pocieszycielka w utrapieniach... Ale, o Matko moja
niebieska! nie zapominaj, że dla Ciebie opuściłem matkę na ziemi!
ona jest, jak Ty byłaś, córką Jakuba... zmiłuj się nad nią i nie
opuść jej!"
Wiemy już także o nabożeństwie
O. Augustyna do św. Józefa. We wszystkich fundacjach, które
przeprowadził, jemu polecał z największą ufnością dostarczanie
środków i spłacanie długów; wielki Opiekun Najśw. Rodziny nigdy nie
zawiódł oczekiwania sługi swego i mógł ze św. Teresą powtórzyć, iż
„Św. Józef nie odmawia prośby zaniesionej do stóp jego!" Miał
zresztą bardzo dobry sposób zaskarbienia sobie łask św. Józefa: oto,
sam nigdy nie odmawiał, o co go proszono w imię tego św. Patriarchy,
jeśli tylko to było w jego mocy.
Razu pewnego przyjechał do
miejsca, gdzie jego brat w Zakonie, O. Karol, dawał misję. Proboszcz
miejscowy prosił O. Augustyna, aby wziął udział w konkluzji, na co
się tenże chętnie zgodził. Chciał jednak coś więcej: oto, aby
wymowny kaznodzieja sam do ludu przemówił, na to jednak O. Augustyn
w żaden sposób zgodzić się nie chciał. Zasmucony proboszcz skarży
się przed O. Karolem: „Nie zniechęcaj się – rzecze – proś go w imię
św. Józefa, a z pewnością będzie kazał!" – Tak się też stało; na
imię wielkiego Patriarchy O. Augustyn natychmiast ustąpił, wygłosił
upragnione przez wszystkich kazanie, ale zapewne musiał mu to św.
Józef dobrze zapłacić.
Co roku w marcu lub w sam
dzień św. Józefa Ojciec przybrany P. Jezusa cieszył dziwnie swego
pobożnego sługę, przyprowadzając do nóg jego jakiego zatwardziałego
grzesznika.
Dowodem, jak O. Augustyn
kochał świętych reformatorów swego Zakonu, św. Teresę i św. Jana od
Krzyża było, iż ciągle czytywał ich pisma i jak najczęściej cytował
w swych kazaniach. Miał także osobliwą cześć i pociąg do św.
Franciszka Salezego i św. Joanny de Chantal i wyznawał, że
niejednokrotnie otrzymał przez pośrednictwo tych dwóch świętych
wielkie łaski. W roku 1869 podpisał z wielką radością prośbę do
Stolicy św. o ogłoszenie św. Franciszka Salezego Doktorem Kościoła.
Św. Teresa powtarzała często
córkom swoim: „Kochajcie Kościół! kochajcie Kościół!"
O. Augustyn okazał się i pod tym
względem godnym synem Dziewicy z Avili. Głęboko odczuwał rany i
zelżywości, które krwawiły serce matki naszej Kościoła
Chrystusowego, a wojna podła w swej chytrości, wytoczona
Namiestnikowi bożemu, oburzała najszlachetniejsze i najgorętsze
uczucie jego duszy. Stanął sam do walki odpornej, gdy pod jego
wpływem i radą utworzył się w Lyonie „Komitet ku obronie Ojca
świętego", później szybko i w innych miastach zawiązany. Z łona tego
komitetu wyszedł ów sławny adres, podpisany przez sto tysięcy
mieszkańców Lyonu, stający w obronie praw doczesnych Ojca św.; z
łona jego również wielu męczenników dobrej sprawy poszło życie
położyć pod Castelfidardo i zagrzał się zapał katolików dla Ojca
chrześcijaństwa.
O. Augustyn znajdował się w
Awignonie 10 Listopada 1860 r., gdy miano tam odprawić publiczne
nabożeństwo dziękczynne za wyratowanie pięciu młodzieńców tego
miasta przy klęsce pod Castelfidardo. Uproszono naszego karmelitę,
aby przemówił do zebranych tłumów, a uczynił to z taką wymową, iż
zapał był nieopisany; była to improwizacja, ale zażądano od O.
Augustyna, iżby ją spisał z pamięci, i rozprzedano na korzyść
świętopietrza.
„Niechże oddadzą – wołał – co
Chrystusowego, Chrystusowi! niech oddadzą dziedzictwo Piotrowe,
własność dwukroć milionów katolików Kościołowi. O cóżbym dał za to,
gdyby tu w moje miejsce mógł stanąć mnich z dawnych czasów, mnich
dość potężny świętością życia, by poruszył świat cały przeciwko
nieprzyjaciołom Kościoła i głośnym okrzykiem: Bóg tak chce! Bóg tak
chce! zebrał krucjatę na obronę Namiestnika Chrystusowego!
... „Oddajmy dzięki Bogu za ocalenie
naszych pięciu bohaterów, ale dziękujmy więcej jeszcze dla siebie
niż d l a n i c h. Czyż oni nie byliby szczęśliwsi, gdyby życie byli
położyli w obronie Ojca św.? czyż nie dana i innych bohaterów tej
krwawej potyczki?... ale nam jest radośnie odzyskać ich za
szczególną pomocą bożą i Najśw. Panny; nam zbawiennie rany ich
oglądać i całować z uszanowaniem, by się zagrzać do lepszego
spełniania obowiązków względem Kościoła, by się ocknąć ze zgubnego
letargu!"
Rząd francuski, potajemnie
związany z włoskim, bardzo niechętnym okiem patrzał na ten silny
prąd zwracający umysły i serca ku Stolicy Piotrowej. Aby go
zatrzymać, ogłoszono zakazy i nakazy tamujące działanie episkopatu i
duchowieństwa, krępujące współudział wiernych w obronie Papieża.
Między innymi wyszedł surowy zakaz, aby z kazalnicy księża żadnej
wzmianki nie robili o politycznych wydarzeniach we Włoszech. Mowa
Ojca Augustyna zwróciła uwagę rządu i mogła na niego ściągnąć
prześladowanie, ale nie był on z tych małodusznych, co się cofają
przed spełnieniem obowiązku. Dał tego dowód wkrótce potem. Podczas
krótkiego pobytu w Paryżu został zaproszony z kazaniem do kościoła
św. Sulpicjusza. I tu, pod okiem nieprzyjaznego rządu, nie sądził,
aby mu wolno było zamilczeć o boleści serca katolickiego wobec
uciemiężenia Stolicy świętej. Dawszy folgę uczuciom słusznego
oburzenia i głębokiego żalu, zachęcił wiernych, aby jak najściślej
gromadzili się w koło Ojca chrześcijaństwa, zdradzonego przez swoich
i prześladowanego przez tych, którzy opieką powinni go byli otaczać.
Nazajutrz po tym kazaniu ostrzeżono O.
Augustyna, iż zostanie mu zabronione głoszenie słowa bożego, jeśli
nadal tykać będzie zakazanych kwestii. „Umilknę – odrzekł O.
Augustyn – gdy wręcz zakaz taki odbiorę, ale póki mówić mogę, nikt
mnie nie zmusi milczeć o tym, o czym mówić powinienem!"
Dla osoby Piusa IX. miał cześć
i przywiązanie synowskie. Pięć razy był w Rzymie i za każdym razem
garnął się skwapliwie do stóp ukochanego papieża. Kilka razy z rąk
jego przyjmował Komunię św. zawsze z głębokim wzruszeniem. „Zdawało,
mi się – mówił – iż będę w ściślejszym obcowaniu z Kościołem bożym,
gdy z rąk Chrystusowego zastępcy przyjmę Chleb Żywota. Byłbym chciał
w tej chwili uczynić gorącą miłością serca mego akt zadośćuczynienia
za wszystkie zniewagi, którymi jest przesycony, i wiara moja
uznawała Jezusa Chrystusa obecnego niewidzialnie w Hostii świętej, a
widzialnie w swym Namiestniku na ziemi. Tak jak niegdyś Zbawiciela
Pana, tak teraz Jego zastępcę poją żółcią i octem, wzgardą i
zelżywością obrzucają. On zaś w zamian za takie krzywdy zatapiał w
Hostii przenajświętszej wzrok pełen miłości.... miłości ku Jezusowi
i miłości ku prześladowcom... Modlił się dopiero co przy Mszy św. za
nieprzyjaciół!..."
Każąc w Rzymie w r. 1862, w
francuskim kościele św. Ludwika, wygłosił O. Augustyn to piękne
wyznanie miłości i uległości Kościołowi:
„I ja także pospieszyłem do Rzymu, aby
głos mój zmieszać z głosami tysięcy, które się ujmują za
nieprzedawnionymi prawami Chrystusa Pana na ziemi! I ja tu
przyszedłem, aby oglądać oblicze Namiestnika Chrystusowego i zbliżyć
się do Oblubienicy Chrystusa, Kościoła świętego! I ja przybiegłem,
aby usłyszeć głos Słowa Przedwiecznego, odzywający się przez usta
Piotrowe, gdyż Piotrowi to Pan powiedział: „Kto was słucha, mnie
słucha!" I głos ten doleciał spragnionych uszów moich, i ugiąłem
kolana, i odebrałem błogosławieństwo Chrystusa, udzielone mi ręką
najwyższego Pasterza!"
Zwołanie Soboru watykańskiego
napełniło radością serce Ojca Augustyna; spodziewał się po jego
dobrych skutkach nie tylko nowego blasku dla Kościoła, ale i
odnowienia społeczeństwa, na coraz zgubniejsze tory wkraczającego.
Gdy pomiędzy katolikami kwestia nieomylności obudziła żywe spory,
gorliwy syn Kościoła, dotknięty aż do głębi, żarliwszą modlitwą,
surowszym, umartwieniem staraj się ściągnąć z nieba Jaski
uspokojenia umysłów, zjednoczenia serc. Czuł się do tego
zobowiązanym nie tylko popędem osobistym, ale jako uczeń
Reformatorki Karmelu. „Św. Teresa chce – pisze do przyjaciela –
abyśmy przez nasze modły i naszym dążeniem ku doskonałości
podtrzymywali filary Kościoła bożego i otrzymywali dla nich światło
i siłę. Możemy więc, nie jadąc do Rzymu, przydać się Soborowi, jeśli
w uniesieniu gorącej miłości oddamy Bogu na tę intencję prace nasze
i siebie samych. Dowiedziałam się w mej samotni z boleścią wielką o
opozycji niektórych dygnitarzy kościelnych; tym więcej trzeba nam ze
siebie uczynić ofiarę!"

Cnoty O. Augustyna
Jeden z Braci zakonnych i
towarzyszy O. Augustyna wydał o nim sąd następujący: "Zdaje mi się
iż O. Herman posiadał wszystkie cnoty w stopniu znakomitym, a nawet
heroicznym".
Zdaje nam się, iż czytelnik
tego życiorysu przychyli się chętnie do tego sądu. Cnota wzrasta w
miarę walki, a nie brakło pola do walki naszemu zakonnikowi!
Wprawdzie chwila nawrócenia przemieniła go w innego człowieka ale
natura żyła jeszcze i długo, do śmierci, dawała Hermanowi okazje do
zwycięstwa. Popędy charakteru gwałtownego, absolutnego budziły się
często; dawne zwyczaje nie dały łatwo o sobie zapomnieć, ale silna
wiara neofity, niezłomna wola dążenia do doskonałości
chrześcijańskiej, a nade wszystko gorąca miłość ku Chrystusowi Panu
łamały zapory jedne po drugich i dopomogły O. Augustynowi do tego
zwycięskiego pochodu aż na wyżyny cnoty, aż na szczyty zaparcia
siebie zupełnego i oddania się na służbę i chwałę bożą bez podziału.
Jakiejże broni używał neofita
a później zakonnik, aby dojść do takich rezultatów? przede wszystkim
modlitwy. Od pierwszej chwili nawrócenia począł czerpać w rozmowie z
Bogiem ową siłę, której mu wówczas tak potrzeba było. W dzienniczku
spisywanym co wieczór, widzimy, iż młodzieniec światowy, zajęty
tyloma jeszcze obowiązkami, dwa razy dziennie odprawiał rozmyślanie.
Ta modlitwa częsta, odważna, gorąca wybiła na nim od pierwszej
chwili znamię prawdziwego ucznia Chrystusowego. W Zakonie ów dar
modlitwy wzrastał w miarę wierności i męstwa nowicjusza, później
kapłana. Przeor w Tarasteks mówił o O. Augustynie, iż był
podniesionym do bardzo wysokiej modlitwy, nawet do zachwycenia, „ale
zwłaszcza wobec Najśw. Sakramentu – pisze ten Ojciec – odchodził
niemal od siebie w pobożnych uniesieniach. Godziny całe spędzał u
stóp Jezusa utajonego, a w takich chwilach odbierał wiele oświeceń
dla umysłu i pociech dla serca".
Drugą bronią w walce z duchem
ciemności i ze sobą samym było jak najwierniejsze spełnienie ślubów
zakonnych. W posłuszeństwie O. Augustyn celował. Jeden z jego
przełożonych oddaje mu to świadectwo: „co było prawdziwie
podziwienia godnym w życiu O. Augustyna, to jego posłuszeństwo. Miał
także we wszystkim, co czynił, najczystsze intencje; wszystko dla
Jezusa! oto jego hasło!"
Już w pierwszych dniach
nowicjatu pisał: „Posłuszeństwo będzie zawsze moją ukochaną cnotą,
gdyż to najpewniejsza droga, aby spełnić wolę bożą.... ta cnota
czyni nas nieomylnymi...."
Posłuszeństwo zakonne zresztą
nie jest niewolą; zakonnik widzi Boga w osobie przełożonego swego i
do Boga odnosi akty zaparcia się woli własnej, czasem tak przykre
dla natury. Zdarza się, że najmłodszy z podwładnych zostaje
przełożonym dawnego swego zwierzchnika, ale dla posłusznego
zakonnika nie stanowi to żadnej trudności; i O. Augustyn, którego
prace apostolskie tak wielki rozgłos miały, który założył był kilka
klasztorów, którego się radzono jak wyroczni, wobec przełożonych
swoich był uległy jak nowicjusz. Oto co mówi o nim prowincjał
Zakonu:
„O. Augustyn zajmował chwilowo w r.
1858 urząd mistrza nowicjatu, później jeden z jego nowicjuszów
został prowincjałem, a świątobliwy nasz zakonnik otaczał go
największym uszanowaniem; klęcząc zdawał mu sprawę z wewnętrznego
życia swego i każde słowo z ust jego chwytał jak gdyby z ust samego
Boga pochodzące".
Gdy w r. 1851 spisywał młody
nowicjusz z woli przełożonych dzieje swego życia, nie dał tym
kartkom innego tytułu jak: Posłuszeństwo.
Ta doskonała uległość
pochodziła niewątpliwie z ducha wiary, ale także z pokory.
Razu pewnego rozmawiał z kilkoma
osobami o niebie i o radościach wieczności szczęśliwej. „Módlcie się
za mnie, abym się tam dostał!" – rzekł O. Augustyn. Na to
roześmialiśmy się, opowiada jeden ze świadków rozmowy. „Ach! – mówił
dalej Ojciec – ile razy wsiadam do wagonu, mówię sobie, żem jeszcze
nie gotów na podróż wieczności! Wszystko bowiem zależy od łask
odebranych; u mnie mała niewierność jest większą winą niż u innych
ciężkie grzechy!"
„Ale przynajmniej pokora Ojca z
pewnością go zbawi!" – Ojciec spoważniał. „Nie byłem nigdy pokornym"
– rzeki smutno.
Przypomniano mu wówczas, ile dusz do
Boga przyprowadził. „Judasz cuda czynił – odpowiedział. Wiem dobrze,
iż Bóg mnie wybrał, aby wielu duszom dopomóc, ale w tym tak postąpił
jak człowiek, któryby z podłej gliny ulepił naczynia i napełnił je
kosztownym płynem, a poczęstowawszy swoich przyjaciół, rozbił
naczynie. Któż mi zaręczy, iż Bóg używszy mnie dla dobra dusz, nie
odrzuci mnie potem jako nikczemne narzędzie?... Trzeba zawsze się
obawiać; święci zakonnicy upadli; ja drżę z przestrachu, gdyż sam ze
siebie niczym jestem i nic nie mogę!"
Jeszcze jeden z przełożonych
jego – a te świadectwa najwiarygodniejsze – tak mówi: „O. Augustyn,
z którym miałem długie i bardzo bliskie stosunki, zadziwiał mnie
niesłychaną delikatnością sumienia i dziecinną prostotą, gdy zdawał
sprawę z życia wewnętrznego. Miał jednak skłonność do przesadzania
swych win lub niedoskonałości, co jest zwykłą cechą dusz pokornych".
Prostota, pewna prawość duszy,
owe córki pokory, to były cnoty ulubione O. Augustyna; nie
zaniedbywał jednak roztropności i przezorności, gdy chodziło o
przeprowadzenie spraw ku chwale bożej, umiał wtedy połączyć mądrość
węża z prostotą gołębicy, ale w stosunkach codziennego życia chętnie
byt tylko gołębicą, a zwłaszcza z przełożonymi.
„Kochałem Hermana całym sercem
- pisał Ludwik Veuillot po jego śmierci – kochałem go i podziwiałem.
Ileż on miał prostoty, swobody ducha, pokory, zamiłowania
wszystkiego, co piękne i dobre! Za łaską bożą często go widywałem i
przez kilka lal we wszystkich moich podróżach miałem szczęście go
spotykać, zawsze nowy jakiś dowód jego cnoty mnie budował!"
O. Augustyn we wszystkim o sobie
zapominał; chwała boża, dobro dusz, to były zwykłe pobudki jego
myśli, uczuć i uczynków. Prawdziwie zamarł był sobie samemu. Własna
osobistość dla niego nie egzystowała, uważał się za narzędzie boże,
nie miał i woli własnej: przełożeni, reguła nim rozporządzali. A
jednak łatwo zrozumieć, ile reguła musiała być w początkach przykrą
dla natury tak przyzwyczajonej do samowoli jak Hermana, dla fantazji
tak rozbujałej, tak nie znającej pętów! Bracia zakonni zaś świadczą,
iż budował wszystkich akuratnością w zachowaniu reguły, nawet
niektórzy twierdzili, iż przesadzał w niektórych punktach, ale ta
gorliwość wypływała z wielkiej, ofiarnej miłości ku Bogu; wszyscy
dobrzy zakonnicy kochali go i podziwiali.
Najlepszym dowodem pracy
wewnętrznej O. Hermana było, iż ktokolwiek go znał, a widywał co lat
kilka, uderzony bywał postępami tej mężnej duszy. Łaska mu wiele
dała w chwili nawrócenia i Chrztu św.; ale zostawiła wielkie pole do
pracy osobistej i w miarę wierności tej łasce, w miarę odważnych,
codziennych usiłowań O. Augustyn wyrównywał ostrości charakteru,
popędy namiętnej natury, a nabywał słodkie, ciche cnoty Chrystusowe,
łagodność, umiarkowanie, cierpliwość i miłość obejmującą wszystkich.
Człowiek tak oderwany od ziemi
bez trudności spełniał czwarty ślub karmelity, obowiązujący
zakonników do unikania godności i wyniesień; O. Augustyn
kilkakrotnie był przeorem, ale nigdy nie czuł się szczęśliwszym jak,
kiedy ten ciężar zdejmowano z jego ramion. Rozumiał zresztą, iż nie
był stworzonym do piastowania przełożeństwa, wymagającego życia
spokojnego, regularnego i więcej zamkniętego. On przede wszystkim
był apostołem i tak pociąg łaski jak siła okoliczności kazały mu
wylewać się na zewnątrz w pracy i ruchu nieustannym.
Ojciec Augustyn czuł w sobie i
pociąg i zdolność w dwóch kierunkach wręcz przeciwnych: pragnął
walczyć na otwartym polu i dusze zdobywać dla Boga, a więcej jeszcze
pragnął i łaknął odosobnienia od ludzi i samotni z Bogiem. Pierwsze
było potrzebą jego gorliwości, drugie wynikiem rozmiłowania się w
modlitwie, w obcowaniu z Bogiem ukrytym. Powiedział raz o sobie:
„Czy wiecie, że jest niejakie podobieństwo między św. Pawłem a mną!
Najprzód, on był żydem i ja także. Następnie, sam wyznaje, że jego
młodość była burzliwą, i moja również. Mógłbym dodać pomimo wielkiej
nędzy mojej, iż od chwili, gdy mnie Bóg pociągnął, tak jak Apostoł,
już się w tył nie obejrzałem! Ale oto w czym największe
podobieństwo: Św. Paweł mówi: Ja sadzę, ale inni podlewają... Bóg
bowiem przerzucał go z miejsca na miejsce, nigdzie nie dozwalając
dłużej się zatrzymać; zakładał kościoły, nawracał dusze, ale wnet
oddawał rozpoczęte prace w inne ręce i biegł dalej... Tak samo ze
mną, na mniejszą skalę... Mam nieco energii aby zacząć dzieło;
zaledwie zaś zaczęte, Pan Jezus każe porzucić i iść dalej. Zostaw
innym, mówi niejako, przyjemność zbierania owoców.... porzuć Lyon,
Bagnères, Londyn.... biegnij do innej pracy. I tak to – kończył
żartobliwie – pomimo mego nawrócenia zostałem na zawsze
Żydem-tułaczem!"
Przy tym ciągłym przełamywaniu
się doszedł był Ojciec Augustyn do owej świętej obojętności tak
usilnie przez nauczycieli życia duchownego zalecanej; pracował, ile
mógł, ale skutek prac pozostawiał Bogu.
Śluby czystości i ubóstwa, w
ich najrozleglejszym znaczeniu, nie mniej wiernie Herman zachowywał
jak posłuszeństwo przełożonym i zdanie się na wolę bożą. Czystość
obwarował ostrym umartwieniem. Chciał być panem u siebie i
rzeczywiście tak ciało podbił w niewolę, iż objawy trzech
pożądliwości już niemal wyniszczył w sobie. Pomimo surowości reguły
szukał coraz nowych umartwień, a Bóg tylko zna ich liczbę, gdyż
pokora zakonnika kryła je skrzętnie przed okiem ludzkim. Nie mógł
jednak zataić pragnienia cierpień; to pragnienie było tak silne, tak
gwałtowne, iż upraszał przyjaciół, aby mu wyjednali u Boga łaskę
większych krzyżów. „Nic nie znam rozkoszniejszego – pisał – jak
cierpieć dla Jezusa. Módl się, abym ani jednej chwili życia nie
spędził bez cierpienia, dla chwały, dla służby, dla upodobania
bożego"
Bóg mu też cierpienia nie
szczędził; twierdzić można, iż od chwili wstąpienia do Karmelu aż do
śmierci życie O. Augustyna było ciągłym męczeństwem. Fizycznie
cierpiał ustawicznie; w wilie Świąt, a zwłaszcza Świąt Najśw. Panny,
te cierpienia się powiększały, jak gdyby Bóg go chciał oczyścić i
przygotować do łask, które w owe dni obficiej spływały. Co piątek
również bóle ciała się wzmagały, a w Wielki Piątek zdawało się, iż
świątobliwy zakonnik istne konanie przechodził. Te fakty są
stwierdzone przez świadków wszelkiej wiary i zaufania godnych.
„Niech żyje krzyż ukochanego
Jezusa! – pisze do Siostry M. Pauliny – nic lepszego jak cierpieć
dla niego! Jezus daje mi nieco kosztować ze swego kielicha goryczy,
a wolę to nawet niż słodycze Taboru, których zażywałem przez lat
kilka".
A do przyjaciela de Cuers: „Nie umiem
ci wyrazić jak się cieszę, że te cierpienia mogę znieść dla miłości
Jezusa. Tak mi słodko zdać się zupełnie na wolę Jego, iż zdaje mi
się, że gdybym dotykając się jednego włosa z głowy, mógł się
uleczyć, nie uczyniłbym tego, póki Jezus chce, abym był chory! Wola
Jego rajem moim. zawołam z Marią-Eustellą!"
Trzeba by wszystkie listy jego
przytoczyć, aby dać pojęcie o porywach tej duszy dotkniętej
szaleństwem krzyża. Co dziwnym wyda się tym, którzy arkanów życia
duchownego nigdy nie przeniknęli, to, iż mimo cierpień O. Herman był
zawsze wesoły. Nikt bardziej od niego nie ożywiał rekreacji
zakonnych, i często trudno by było odgadnąć, ile cierpiał właśnie
wtedy, gdy twarz miłym uśmiechem rozweselała się.
Pisał w roku 1855 do siostry:
„W chwili, gdy tu z tobą piśmiennie rozmawiam, już późno wieczór,
jeden z zakonników przechadza się zwolna po korytarzach,
psalmodjując te słowa: „Bracie, w Karmelu cierpi się, ale idzie do
nieba, w świecie się weselą, ale idą do piekła!' Ja zaś tak bym
powiedział: W Karmelu weselą się i idą do nieba, a w święcie cierpią
a idą do piekła! Nic mi tu nie jest ciężkim, tylko po za murami domu
życie mi się wydaje nieznośnym!"
Siostra Hermana, która lepiej
od innych znała jego życie, mówiła po jego śmierci, iż pomimo
wielkiego bólu woli go myślą w niebie szukać, gdyż na ziemi ciągle
był przykuty do krzyża, choć mało kto o tym wiedział. Zaznaczmy
jeszcze jeden rys charakteru O. Augustyna: nie było człowieka
stalszego i serdeczniejszego w przyjaźni jak on. Przyjaźń zawierał
tylko z wyższych pobudek, ale gdy raz ją zawarł, nie było
poświęcenia, nie było umęczenia którego by nie podjął aby pocieszyć,
pomóc, podnieść na duchu tych, których kochał. Rozmowa jego z
przyjaciółmi była pełna swobody, wylania, wesołości, a zawsze
okraszana myślą wyższą, zwrotem podnioślejszym.
Święci znali podobne uczucia;
jeden z nich pisze, iż „przyjaźń jest rzeczą świętą i Bogu miłą i
że, im więcej serce jest czyste, i od swego ja oderwane, tym związki
przyjaźni są szlachetniejsze i trwalsze".
Pobieżny ten szkic da niejakie
pojęcie o kapłanie-zakonniku, którego życie opisujemy. Przypatrzymy
się teraz ostatnim miesiącom jego ziemskiej pielgrzymki. Bóg chciał,
aby poległ na wolnym polu bitwy, z bronią w ręku jak dobremu
żołnierzowi przystoi; zanim jednak wezwał go do tej ostatniej
ofiary, zaprowadził go – jak widzieliśmy – na puszczę i tam
przemawiaj do serca jego, aby oczyszczony i uświęcony stał się
godniejszym położyć życie na ołtarzu całopalenia.
Ofiara już gotowa; O. Augustyn na głos
posłuszeństwa staje do czynu, do walki i do zwycięstwa!

Ostatnie prace i śmierć Ojca
Augustyna
Zatrzymaliśmy się w opisie
życia O. Augustyna na chwili, gdy w maju 1870 r. kapituła
prowincjalna ogłosiła go pierwszym definitorem prowincji i mistrzem
nowicjatu.
Do Broussey tedy skierował O. Augustyn
swe kroki. W miesiąc potem zmarł w Rzymie Jenerał Zakonu O. Dominik,
którego widzieliśmy przed trzydziestu laty, zakładającego w Bordeaux
pierwszy dom na ziemi francuskiej. Prowincja francuska zapragnęła
gorąco posiadać zwłoki swego fundatora, uzyskawszy tedy potrzebne
pozwolenia, prowincjał pojechał do Rzymu po ciało zmarłego, a O.
Augustyn jako pierwszy definitor, objął zarząd prowincji.
Wówczas to wybuchła wojna
prusko-francuska.
Nie tu miejsce opowiadać
krwawe zajścia i walki tak bolesne dla zwyciężonej i upokorzonej
Francji; klęska po klęsce doprowadziły do Sedanu. (Tu pycha
jednostek i pycha narodu ze straszną spotkały się karą, niestety,
nie przez wszystkich zrozumianą!).
W dniu 4 września po raz ostatni słońce
weszło nad dynastią cesarską Napoleonów; tron runął, a rząd stał się
łupem ambicji najpospolitszego gatunku i podłych intryg. Szumowiny
społeczeństwa, niczym niepowstrzymane, wyszły na sam wierzch, a
skutkiem tego było prześladowanie wszystkiego, co szlachetne, co
piękne, co prawdziwie pożyteczne dla kraju. Nienawiść religii
znalazła najpierw swój wyraz w prześladowaniu zakonów; ci, których
całe życie poświęcone posłudze bliźniego, ci, którzy wychowują z
największym zaparciem się przyszłe pokolenia, nadzieję i chlubę
kraju, pielęgnują chorych, opatrują wszelkie nędze moralne i
fizyczne, roznoszą po wszystkich częściach świata blask i sławę
ojczystej ziemi, ci stali się dla rodaków kamieniem obrazy i wyzuci
z praw obywatelskich i osobistych stoją por pręgierzem opinii
publicznej; w oczach zdrowo myślących wprawdzie otoczeni aureolą
niewinności i męczeństwa, ale w oczach większości, w oczach rządu
obrzuceni nienawiścią, potwarzą, niemający często tak jak ich Boski
Wódz gdzie skłonić głowy.
O. Augustyn, który 20 lat
krwawej apostolskiej pracy poświęcił przybranej ojczyźnie, Francji,
z takąż miał się spotkać zapłatą. Jako zakonnik, jako cudzoziemiec
zwłaszcza, był solą w oku rządu i ściągnął wybuchy rozkiełzanego
motłochu na domy swego Zakonu. I tak: klasztor w Agen został
napadnięty przez dziką zgraję krzykaczy ulicznych, a klasztor w
Lyonie zrabowany, zakonnicy rozpędzeni, niektórzy nawet uwięzieni.
Ojciec Augustyn dostał wprawdzie od prefekta miasta Bordeaux
pozwolenie pozostania w kraju pomimo, iż wszyscy pruscy poddani byli
wydaleni, ale, jak morze wzburzone, tak rosły i szalały namiętne
prądy rewolucji i rząd ani mógł, ani zawsze chciał położyć Im tamę.
Pozwolenie pana prefekta nie było więc dostateczną gwarancją spokoju
dla Karmelitów i O. Augustyn, nie chcąc sprowadzać na Braci
zakonnych napaści i zgiełku] ulicznego, prosił przełożonych o
uwolnienie z podwójnego urzędu i o pozwolenie wyjazdu za granicę.
Pozwolenie otrzymał, ale przed opuszczeniem Francji zapragnął
odprawić jeszcze rekolekcje w Świętej Pustyni, ażeby lepiej poznać
wolę bożą. Że nie miał w sercu goryczy, o tym najlepiej świadczą
następujące wyrazy z listu do rodziny: „Pragnę się oddać Panu
Jezusowi i poświęcić na dobrowolną ofiarę ze wszystkim, co mam, aby
uprosić koniec tylu nieszczęść. Nie przestaję błogosławić tej ręki,
która nas doświadcza, gdyż zarówno ona ojcowska, gdy karze, jak
kiedy pieści!'
Rozmyślania i modlitwy w głębokiej
samotności Pustyni utwierdziły O. Augustyna w zamiarze opuszczenia
Francji. Pożegnał więc te święte mury tak przez niego ukochane,
pożegnał na zawsze nieme świadki serdecznych rozmów z Bogiem,
zachwytów miłości, tajemnej a surowej pokuty. Opuścił je wzmocniony
i gotów do ostatecznego wysiłku w służbie bożej. Po drodze zatrzymał
się dni parę w Bagnères, a z Carcassone, gdzie po raz ostatni zagrał
w kościele na organach, puścił się w drogę do Szwajcarii. Nie bez
niebezpieczeństwa tę podróż odbył. W Grenoble, napadnięty przez
pijane krwiożerczą nienawiścią tłumy, które w nim upatrywały szpiega
pruskiego, omal nie zginął z morderczych rąk, ale Bóg chowając go na
wznioślejszą ofiarę, ofiarę miłości bliźniego, ocalił go z rąk owej
dzikiej zgrai. W Genewie biskup Mermillod jak najserdeczniej przyjął
dawnego już przyjaciela.
Nad brzegami jeziora
Lemańskiego leży wśród gór alpejskich urocze miasteczko Montreux.
Oderwane za przykładem większych miast okolicznych od katolicyzmu,
żyje w wyznaniu protestanckim i nie posiada ani kościoła, ani
kapłana naszej wiary. Tam jednak rokrocznie gromadzi się napływowa
ludność chorych ze wszystkich krajów, szukających ulgi w łagodnym i
ożywczym górskim klimacie. Polityczne niepokoje we Francji
zwiększyły były jeszcze w r. 1870 liczbę gości w Montreux, a kto
dbał o Mszę niedzielną i uczęszczanie do Sakramentów, musiał o dobrą
godzinę drogi szukać kościoła. Tu więc ks. biskup Mermillod
sprowadził O. Augustyna i zaproponował, aby tymczasowo osiadł w
charakterze quasi-proboszcza. Gorliwy zakonnik widząc przed sobą
nowe pole pracy, chętnie i skwapliwie ją podjął. Biskup z Fryburga,
w którego diecezji miasteczko się znajdowało, dał potrzebne
upoważnienie, zamieniono pokój na kapliczkę i wnet nasz Ojciec
począł odprawiać regularne nabożeństwo, słuchać spowiedzi. mówić
kazania i ze zwykłą gorliwością przyciągać dusze do Boga. Na prośbę
biskupa, poblisko będącym zakonnicom, daje rekolekcje.
Praca jednak, nie odrywa myśli
O. Augustyna od Francji. On tę przybraną ojczyznę więcej kocha od
własnej, on tam tyle dusz zostawił, które mu sprawę najważniejszą,
bo sprawę zbawienia zawdzięczają!... tam, pod bronią, w forcie pod
Bourget stoi jego siostrzeniec syn jego w Chrystusie, Jerzy R., i
gotów bronić Paryża, własną pierś nadstawiając, z zapałem
młodzieńca, ze spokojem czystego sumienia. Modlitwy Ojca Augustyna
obronią go od niebezpieczeństwa, ale bo też ile, i jak gorące te
modlitwy!...
W połowie listopada biskup
Mermillod przywołał misjonarza z Montreux do Genewy; nowe, szersze
otwierało się pole po pracy. Biskup posłyszał o smutnym stanie
więźniów francuskich w Prusach, nędza fizyczna rozdzierająca, a
nędza i opuszczenie moralne większe jeszcze. Trzebaby im apostoła,
ale kto pójdzie? – Rząd pruski odmawiał wstępu do kraju księżom
francuskim, i usiłowania zacnego biskupa zostawały daremne. Wówczas
pomyślał o Ojcu Hermanie; jako Niemiec rodem, jako popularny
kaznodzieja Berlina, znajomy cesarzowej łatwiej niż ktokolwiek
dotrze do więźniów zwyciężonego kraju, rozdzielonych po miastach
pruskich. Ojciec Augustyn nie odmówił propozycji biskupiej, ale
oświadczył, iż musi zasięgnąć zdania przełożonych. Zastępował
wówczas prowincjała. Ojciec Marcin, definitor prowincji francuskiej;
w imieniu Ojca Jenerała napisał do O. Augustyna, żeby jechał, gdzie
Opatrzność boża zdawała się go wzywać.
Dnia 24 listopada, w dzień św.
Jana od Krzyża, nasz Ojciec opuszczał Montreux z tymi proroczymi
słowy na ustach: „Niemcy będą mym grobem!"
Już od kilku miesięcy miał to
przeczucie śmierci. Jeszcze przed wyjazdem ze Św. Pustyni, kiedy
przechadzał się z jednym z Ojców, tenże zapytał O. Augustyna, ile
jeszcze miejsc próżnych w grobowcu-zakonników? „Dwa – odrzekł– a z
tych jedno dla mnie!" Podobne przeczucie wydało się zupełnie
nieuzasadnione owemu Ojcu, ale młodszy towarzysz z siłą zapewniał:
„Jestem pewny, czuję, iż mnie Bóg przyprowadził do Świętej Pustyni,
abym się na śmierć przygotował. Gdyby Ojciec wiedział, jak od
niejakiego czasu Bóg mnie oderwał od wszystkiego!..."
Wyjeżdżając z Montreux pisał:
„Puszczam się w drogę pod opieką Jezusa, Maryi, Józefa św. Jakżebym
chciał tym biedakom tak opuszczonym zanieść trochę pociechy!...
Opatrzność wszystkim tak mądrze pokierowała, iż mój wyjazd z
Montreux nie będzie ze szkodą tutejszych katolików, przyjechało
bowiem dwóch księży Francuzów.
Przyjechawszy do Berlina,
Ojciec Augustyn wniósł prośbę o kapelanię w Spandau, o 14 kilometrów
od stolicy, gdzie przebywało 5.300 więźniów francuskich. Pozwolenie
zostało mu natychmiast udzielone, a proboszcz miasta Spandau
ofiarował Ojcu u siebie mieszkanie.
"Więźniów zastał w
najokropniejszej nędzy; aby serca przyciągnąć, zaczął najprzód
opatrywać potrzeby fizyczne: z Francji przysyłano odzież i różne
środki ratunkowe. O. Augustyn sam je rozdawał, zachęcając przy tym
do cierpliwości, do odwagi i ufności. Wkrótce serca się ku niemu
zwróciły. Już 12 grudnia pisze: „Więźniowie zaczynają prosić o
spowiedź, dziś wieczór ośmiu zapukało w tym celu do mego pokoiku.
Widzicie, jak słodki nasz Pan umie wynaleźć dla mnie robotę! może
nigdy nie miałem tak szerokiego pola zdobycia dusz Jezusowi jak
teraz!"
22 grudnia tak pisze do
bratowej o swoich zajęciach i pociechach: „Od 8-ej z rana do nocy
mój pokój oblężony przez więźniów, dałem się im i używają tej
darowizny w całej pełni! Jeśli nie przychodzą z potrzebami duszy, to
z potrzebami ciała, a biedacy wiele cierpią od zimna!... Jednym
słowem, oddają mi miłość, jaką ku nim czuję... Dzień w dzień
przynajmniej pięćdziesięciu żołnierzy spowiada się i komunikuje".
To zimno, o którym Ojciec
wspomina, nie tylko więźniom, ale i jemu bardzo dokuczyło i zapewne
nadwyrężyło zdrowie. Nie myślał jednak o sobie, a przynajmniej nie o
potrzebach ciała; oto jak podpisywał jeden list z dnia 31 grudnia:
„Kochajmy Jezusa co dzień więcej.
W Jezusie,
Maryi i Józefie
wasz brat Augustyn,
nędzny grzesznik, któryby się chciał
nawrócić w nowo rozpoczynającym się roku. Amen".
Przytoczmy teraz list
naocznego świadka o tych ostatnich pracach miłości i gorliwości
naszego apostoła:
"O. Augustyn miał sobie powierzoną
pieczę duchowną blisko sześciu tysięcy dusz. Ponieważ kościół nie
mógł objąć wszystkich naraz, prowadzono co dzień do świątyni
kompanię 500 żołnierzy. Ojciec z rana miewał kazanie, potem
spowiadał, a te długie posiedzenia w kościele niezmiernie zimnym
bardzo siły jego nadwątlały. Czas, którym mógł jeszcze rozporządzać
w ciągu dnia, spędzał w szpitalu, gdzie mnóstwo było chorych,
mianowicie na ospę. Jemu także polecono rozdawanie jałmużn i odzieży
przysyłanej z kraju, a wypełniał, ten obowiązek z największą
gorliwością. Nie miał ani chwili dla siebie.
"O. Augustyn doświadczył w czasie swego
pobytu w Spandau najżyczliwszej pomocy ze strony generała
komenderującego, Prusaka nawróconego z protestantyzmu. Ten zacny
człowiek miał prawdziwe uwielbienie i zupełne zaufanie w kapłanie
tak gorliwie oddanym dobru bliźnich i, ile mógł, ułatwiał mu jego
zadanie. Niestety, nie o wszystkich komendantach można to samo
powiedzieć.
„W niedzielę 8 stycznia, spotkałem O.
Augustyna w Berlinie,
dokąd przyjechał po różne zakupy dla więźniów, blisko 2.000 franków
był wydał na ciepłe ubrania, flanele, bieliznę i t. p. Mówiłem z nim
dosyć długo, wspomniał, iż cierpi bardzo na gardło od kilku dni i że
się czuje tak przemęczonym, iż bez krótkiego wypoczynku nie byłby w
stanie dalej twardej pracy się poświęcać. Znalazłem go bardzo
zmienionym i styranym, przy tym zauważyłem czarną krostę na ręku,
którą przypisałem zarazie szpitalnej. Wieczorem poszedłem z kilkoma
księżmi odwiedzić go na probostwie przy kościele św. Jadwigi, gdzie
stawał będąc w Berlinie. Podczas gdy rozmawiał, przypatrywałem się
uważnie jego czcigodnej postaci, a z tego badania, wynikło
przekonanie nieomylne, iż dobiegł już do końca ziemskiej
pielgrzymki. Twarz jego była blada, ale pogodna, wzrok zmęczony, ale
pełen swobodnej wesołości; nad czołem, zdawało mi się, iż widzę
przedświt świetlanej aureoli. Mogę przyrównać wrażenie, jakiego
wówczas doznałem, do myśli człowieka przypatrującego się pięknemu
zachodowi słońca, po jasnym i pogodnym dniu – za chwilkę słońce
zniknie, więc z natężeniem patrzy się na ostatnie blaski, aby nic z
cudownego widoku nie utracić...
„W piątek, dnia 13 Stycznia, zajechał
po mnie p. Albert Cohen, aby mnie zawieźć do Spandau, gdyż dostał
był wiadomość, iż O. Herman leżał chory. Gdyśmy weszli do jego
pokoju, zawołał: „Mój drogi Ojcze, bardzo mi ciebie potrzeba,
dostałem ospy, proszę cię, abyś mnie zastępował przez czas mojej
choroby, gdyż mogę leżeć trzy do czterech tygodni, a szkoda
przerywać rozpoczętą pracę... Zresztą, może mnie Pan Bóg zabierze, a
wówczas będziesz moim następcą'.
„Ach Ojcze! – odrzekłem – mam mocną
nadzieję, że cię Pan Bóg zostawi dla dobra dusz!"
„O. Herman pochwycił wówczas krucyfiks
przy nim leżący i, wpatrując się weń, rzekł spokojnie: „A ja mam
nadzieję, że tym razem już mnie Bóg weźmie!"
„Wzruszył mnie głęboko spokój, swoboda
i ufność, z jaką te słowa wymówił.
„Przez większą część dnia biegałem za
pozwoleniem zastępowania Ojca w czasie jego choroby. Nie mogłem
powrócić do Spandau jak 17 i znalazłem wielkie postępki w chorobie.
Chwilami przychodziła maligna, zdawało się Ojcu, iż przemawia do
swych kochanych żołnierzy, do których z tak daleka przyjechał. Tego
dnia rozdawano im ubrania i pomoc; pewien oficer francuski
zastępował O. Hermana. W pokoju chorego słychać było głos komendy i
objawy radości więźniów. Ten hałas tak podziałał na Ojca, iż maligna
silnie się wzmogła i trzeba było pozamykać wszystkie drzwi i okna na
probostwie. Szukałem tego dnia mieszkania w Spandau; nie tam jednak
miałem pracować, gdyż powróciwszy wieczorem do Berlina, zastałem
nominację na kapelanię w Rendsburgu".
Dodajmy inne szczegóły do tego
opowiadania. O. Augustyn położył się, aby już więcej nie powstać
dnia 9 stycznia. Zaraził się był ospą, opatrując św. Sakramentami
dwóch żołnierzy tą chorobą dotkniętych, jad przyjął się za pomocą
zadraśnięcia na ręce. 15 Stycznia stan już był tak groźny, iż
proboszcz, u którego mieszkał O. Herman, dał mu Oleje św. Wszystkich
obecnych rozrzewnił i zbudował widok chorego w tej chwili; odnowił
śluby swoje, odśpiewał pomimo wielkiego osłabienia Te Deum,
Magnificat, Salve regina i De profundis, po czym oczy ciągle
trzymał zwrócone w stronę kościoła, jednocząc się z Jezusem tam
rzeczywiście obecnym.
Gdy weszli jego dwaj bracia,
wyraził im życzenie, aby być pochowanym pod kościołem św. Jadwigi.
W nocy 10 stan chorego
znacznie się pogorszył; szarytka, która go pielęgnowała, zapytała
go, czy chce, aby mu zawołano spowiednika. „A więc ja umieram! –
odrzekł – Niechaj się spełni najświętsza wola boża!... Gdybym żył
dłużej, widziałbym jeszcze wiele smutnych rzeczy, ale byłbym chętnie
jeszcze pracował, aby dusze przyciągnąć do Jezusa!"
Wyspowiadał się, dał niektóre
zlecenia tyczące się kochanych jego więźniów, wspomniał o sumie
pieniężnej, która się po nim należała klasztorowi Świętej Pustyni,
potem wszedł w głębokie skupienie i gotował się do przyjęcia Komunii
św., przyniesionej mu tego dnia po raz ostatni w życiu, o 9
wieczorem. Po przyjęciu swego Umiłowanego pozostał długo zatopiony w
dziękczynieniu. Czuwali przy nim szarytka i braciszek jezuicki. Koło
11 godziny poprosili go, aby im pobłogosławił. „I owszem, moje
dzieci" – odrzekł, ale chcąc to uczynić uroczyściej, podniósł się na
łóżku. Wówczas rękę wzniósłszy, wolno, z przejęciem odmówił formułę
błogosławieństwa, po czym opadł na posłanie zmęczony tym wysiłkiem i
zawołał:
„A teraz, o Boże mój! Oddaję ducha mego
w ręce Twoje!"
To były jego ostatnie słowa. Resztę
nocy spędził spokojnie bez żadnego ruchu, tylko słaby i cichy oddech
dowodził, iż życie jeszcze nie uleciało. Na drugi dzień koło 10 z
rana, chory nieco się poruszył, i w parę minut potem już nie żył;
zasnął cicho, słodko, i dusza pzreszła na łono Boga, którego nie
pzrestała miłować od chwili, gdy go poznała.
Bracia O. Hermana, pospiesznie
uwiadomieni, za późno przybyli. Choroba tak szybkie czyniła postępy,
iż wszelkie przewidzenia omylone zostały. O. Augustyn był przede
wszystkim zakonnikiem; Opatrzność tak zrządziła, iż przy łożu jego
śmierci były tylko dusze Bogu poświęcone.
Nie bez trudności wystarano się o pozwolenie pochowania zwłok
jego w podziemiach kościoła św. Jadwigi, wedle życzenia zmarłego,
gdyż choroba jego była zakaźna, jednak pozwolenie to udzielone
zostało, i tam leży pod tym sklepieniem, gdzie tyle razy głos jego
się rozlegał potężny miłością i żarliwością, dla ratowania,
oświecania i pociechy braci w Chrystusie.
Znakomity publicysta
francuski, Ludwik Veuillot, w tych słowach donosił w dzienniku
l'Univers o śmierci Hermana:
„Dnia 20 Stycznia zmarł nasz dawny i
nieoceniony przyjaciel, O. Augustyn od Najśw. Sakramentu, karmelita
bosy. Nawrócony z judaizmu, bez zatrzymania się na nowej drodze,
został zakonnikiem i kapłanem. Świat, w którym zasłynął jako
znakomity muzyk, nazywał go O. Hermanem.
„Był dobrym i świętym zakonnikiem;
surowość reguły, którą wiernie chował, nie odjęła mu osobliwego
uroku. W ostrym habicie, bosą stopą, przebiegał kraj nasz każąc,
kwestując, zakładając klasztory, posłuszny w swej gorliwości,
pokorny w powodzeniu.
„Zmarł w Spandau na usłudze więźniów
francuskich; poświęcał się im bez granic, ale śmiercią przypłacił
poświęcenie. Nie chciał innego wypoczynku jak ten spoczynek śmierci,
którego Pan udzielił świętym pragnieniom sługi swego.
„Będąc, czym był za łaską bożą, tak
a nie inaczej Herman powinien był umrzeć!"

Wiązanka rad duchownych
wyjętych z listów Ojca Hermana
Umartwiaj często miłość
własną, a częściej jeszcze wolę własną, jeśli chcesz dojść do
zjednoczenia z Bogiem.
*
* *
Pokój jest darem Ducha św.,
który się utrzymuje przez wierność modlitwie i rozmyślaniu, a także
przez gorące a dłuższe dziękczynienia po Komunii św.
*
* *
W rozmowach miej zawsze na
celu przyciąganie dusz do Boga, do służby i miłości Jego.
*
* *
Służmy Jezusowi dla Niego
samego, powiedzmy sobie, iż dobrze nam jest być pozbawionym
wszelkiej radości na tej ziemi, być upokorzonym, doświadczonym, i
bądźmy przekonani, iż Jezus daje nam daleko więcej niż na to
zasługujemy. Trzeba kochać Jezusa ukrzyżowanego, krzyż Jezusa. Tabor
znajdziemy w niebie!
*
* *
Co do bywania w świecie, jeśli
bywasz z konieczności, z posłuszeństwa, przeciw twemu pociągowi, to,
powtarzam ci, nie zaszkodzisz sobie. Ale jeśli się znajdzie jaki
słuszny powód, aby odmówić sobie przyjemności światowej, korzystaj z
tego.
Korzystaj w ogóle ze
wszystkich sposobności, aby spełnić wolę bożą, zwłaszcza jeśli one
krzyżują twoją wolę. Nic lepiej nas nie prowadzi do zjednoczenia z
Bogiem, jak zwycięstwo nad własną wolą, własnym upodobaniem! to ma
dojść więcej niż do rezygnacji, ale i do radości świętej, iż wola
boża nad nami panuje. Takie uczucia będą ci bardzo pomocne do
postępu, co dzień znajdziesz jakąś ofiarę do złożenia, a ofiara
niech będzie wewnętrzna. W takim całopaleniu jesteśmy zarazem
kapłanem, ołtarzem i ofiarą. Jakże to rzeczą piękną, wzniosłą i
chwalebną! Ale do tego dojść inaczej nie można jak przez nieustanną
walkę. To niemałą jest zasługą wobec P. Jezusa, tym bardziej, że nie
my zwykle wybieramy broń i pole walki, ale Opatrzność tym kieruje
aby wypróbować stopień naszej miłości i dobrej woli.
*
* *
Nie niepokój się twą żywą
miłością ku rodzinie, byłeś te uczucia czystą intencją podniosła do
godności uczuć nadnaturalnych i niewzruszenie poddała je
rozporządzeniom bożym. Miłość Jezusa uświęca wszystkie przywiązania,
które nie są przeciwne prawu bożemu; nie tylko religia nie wysusza
serca, ale powinna nam dać więcej serca ku tym, których kochamy w
porządku bożym.
*
* *
Co do dziękczynienia po
Komunii św. odprawiaj je przez kwadrans i zachowaj się w spokoju,
zjednoczona z naszym słodkim Jezusem, nie siląc się na wielką liczbę
aktów. Jedno słowo wystarcza: Miłość!
*
* *
Niczego nie szczędź, aby
zachować przedziwny pokój Jezusowy w duszy. Dobry na to sposób, aby
myśleć mało o sobie, a wiele o Panu Jezusie. Gdy dusza odda się
całkiem Zbawicielowi, rozważaniu Jego doskonałości i piękności,
wówczas on ją prowadzi w osobliwy sposób i daje ten spokój, który za
jego rozkazem zapanował na morzu Tyberiadzkim, gdy Piotr szedł po
falach.
*
* *
Staraj się, zwłaszcza w czasie
postu, mieć godziny samotności, ciszy, skupienia z Jezusem samym na
puszczy przebywającym, służ Mu z Aniołami, pracuj dla Niego, tak jak
św. Józef pracował dla Niego w Nazarecie, a używaj świata jakoby nie
używając; ile razy musisz się z Nim zetknąć, staraj się przejść
między ludźmi bez zwracania niczyjej uwagi, nieznana,
niezauważona...
*
* *
Ile razy będziesz czuła
oburzenie na widok złego, hamuj to uczucie aktem nadnaturalnym
litości nad błądzącym; grzech zasługuje na naszą nienawiść, ale
grzesznik tylko na naszą litość; niech więc miłosierdzie miarkuje
oburzenie!
*
* *
Jedno z poruszeń
najzwyklejszych naszej nędznej natury, dowodzące braku pokory, jest
pragnienie, aby nas pożałowano, ile razy coś nam ucierpieć
przyjdzie; święci skrzętnie zaś przed ludźmi ukrywali swoje
cierpienia, aby Jezus tylko je widział i przyjął ofiarę w całości.
Polecam ci usilnie, byś, ile razy
spostrzeżesz w sobie jakąś niedoskonałość, jakąś słabość natury,
upokorzyła się szczerze, i to w szczególności za tę winę, lub
słabość, przed naszym drogim Zbawcą.
*
* *
Aby się nauczyć pokory,
trzeba się porównywać nie do ludzi, ale do Boskiego wzoru
naszego, do Jezusa. Jezus jest Bogiem i człowiekiem; musimy stać się
mu podobnymi, jeśli chcemy podobać się Ojcu niebieskiemu. Porównaj
twoją pokorę z pokorą Jezusa, Maryi, św. Józefa, a wówczas będziesz
w dobrej szkole.
*
* *
Pan Jezus nie zawsze daje
słyszeć duszy swój słodki głos, a czyni to z dwóch przyczyn:
najprzód lubi, aby go szukać, i nic nie zna milszego jak pragnienia
duszy miłującej, która jak Magdalena pyta ziemi i nieba: gdzie jest
mój Pan? Jak jeleń spragniony źródła żywej wody, tak dusza powinna
tęsknić za jedynym Dobrem swoim. Po wtóre: ukrywaniem się uczy nas
Pan. Jezus pokory. Gdybyśmy ciągle czuli żywo Jego obecność, gdyby
nam zawsze modlitwa pociechy przynosiła, w końcu mielibyśmy siebie
za coś, gdy tymczasem jesteśmy popiołem i prochem, gorzej... bo
grzesznikami! O jakże dobrym jest Pan, iż nas nie odpycha, ale znosi
nas pomimo nędzy naszej, niestałości i niedbalstwa w służbie
Jego!...
Powinnaś dążyć do ustalenia
pokoju w twej duszy, unikać wszystkiego, co cię miesza i trwoży.
Proś Jezusa, aby uciszył burze i wichry na dnie twego serca. Świat
nie umie dać pokoju. Jezus, Baranek boży na to przyszedł, aby nam
pokoju udzielić; jednakże w niebie dopiero będzie on doskonały. Tu
jesteśmy tylko przechodnie i powinniśmy ciągle wzdychać za tym
błogim odpoczynkiem na łonie Boga w wieczności. Przyjdzie czas, gdy,
jak mówi psalmista; zaśniemy i odpoczniemy w Tym, który sam jest
Pokojem wiecznym.
*
* *
Kłopoty materialne nie powinny
cię nigdy odrywać od Boga, owszem, do Niego właśnie masz się
uciekać, aby ci w nich dopomógł, i w tym jak we wszystkim to jedno
mieć na myśli, by P. Jezus był kontent.
Roztropność wskaże ci, kiedy
masz ustąpić ze swego regulaminu, dla miłości bliźniego. Jednakże
jestem zdania, że czasem potrzeba, aby inne rzeczy ustąpiły
regulaminowi. Trzeba, aby świat zrozumiał, że Bóg ma prawa nad nami,
a niestety, dziś nawet ludzie pobożni zbyt często robią ustępstwa
światu, modzie, zwyczajom, kładąc prawo boże na drugi plan. Więc
uważaj, kiedy możesz bez szkody dla duszy opuścić coś z przepisanych
praktyk pobożnych, a kiedy owszem masz żądać, aby ci zostawiono
wolność oddania Bogu, co Mu się należy.
Nie bój się uwag krytyki.
Żebyśmy zawsze mieli myśleć o tym, jak dogodzić ludziom, nie
bylibyśmy – jak mówi św. Paweł – sługami bożymi. Pokaż pewną
stanowczość, aby się nie dać porwać przez zgubny prąd ustępstw i
lekceważenia Boga.
*
* *
Nie trać z pamięci, Com ci
mówił o pierwszych poruszeniach duszy. Te pierwsze poruszenia
pochodzą bądź od naszych skłonności naturalnych, bądź od złego
ducha, albo też od łaski bożej; w żadnym razie nie są ani winą, ani
zasługą, póki zastanowienie i wola nasza nie dadzą przyzwolenia lub
oporu.
*
* *
Pismo św. mówi o Panu Jezusie:
„Jestem robak a nie człowiek..." Chciał więc upokorzyć się,
wyniszczyć, uchodzić za ostatniego z ludzi, i my nie będziemy mieć
udziału z Nim, inaczej jak przez pokorę, a więcej jeszcze przez
upokorzenie, gdyż to łącznik, przez który stajemy się braćmi Jego.
Jak tylko przestajemy starać się o upokorzenie własne, natychmiast
przestajemy być w zjednoczeniu z Jezusem Chrystusem,.. i przestrzeń
olbrzymia dzieli nas od niego. Nie możesz inaczej postępować naprzód
jak tą drogą: wzgardzenie sobą, nienawiść siebie i ciągła obawa, aby
nie znaleźć w sobie jakiegoś ukrytego upodobania, gdyż to ogromnie
duszy szkodzi.
Niech Jezus będzie błogosławiony i
kochany od wszystkich!
[Część 1] [Część 2] [Część 3]
[Góra]

Przypisy:
List do pani A. Cohen z d. 17 sierpnia 1862 r. Wkrótce potem brat O.
Augustyna p. Albert Cohen przybył do Londynu, odebrał Sakrament
Bierzmowania z rąk kardynała Wisemanna, a przy wyjeździe zostawił
bratu znaczną sumę na budowę kościoła.
O bytności O Hermana w Poznaniu nie ma dłuższej wzmianki w opisie
jego życia; ale od osób, które go wówczas w Poznaniu widziały,
zebraliśmy następujące szczegóły: O. Herman zamieszkał w pałacu
arcybiskupim, X. kardynał Ledóchowski, wówczas arcybiskup gnieźn. i
pozn., który go u siebie podejmował, zbudowany był swym gościem i
kilkakrotnie po jego wyjeździe powtarzał „Cóż to za doskonały
zakonnik" Chciał go słyszeć grającego i zaprowadził na kanonię,
gdzie był fortepian, ale O. Herman wymówił się, mówiąc, iż już grywa
tylko w swoich klasztorach z posłuszeństwa.
Z Karmelitankami miał oczywiście najwięcej stosunków i bądź po
naukach, bądź po rozmowach duchownych, zostawiał zawsze podniosłe
wrażenie świętości i wyrobienia wewnętrznego. Zakonnice Serca
Jezusowego, posłyszawszy o pobycie O. Hermana, zaprosiły go także do
siebie; przemawiał do panienek gotujących się do pierwszej Komunii,
a obecni twierdzili, iż rzadko komu uda się tak do serca trafić;
zwiedzał także pensjonat, a rozmową ujmującą i pełną prostoty tak
dziewczątka sobie zjednał, iż długo, długo wspominały O. Hermana.
Miał powrócić do Poznania w r. 1871, gdyby śmierć zbyt wcześnie nie
była przerwała pasma jego dni. (Przypisek tłumacza).
Jak nigdy nie spowszedniały mu czynności odnoszące się do czci
Najśw. Sakramentu dowodzi małe zdarzenie, którego był świadkiem
dawny nowicjusz Hermana, zakonnik Karmelu, obecnie w Czerny
przebywający. Gdy w r. 1870 O. Augustyn był mistrzem nowicjatu, w
wilię Bożego Ciała przeor z Broussey wszedł w czasie rekreacji i
oznajmił mu, iż nazajutrz będzie niósł Przenajśw. Sakrament w czasie
procesji. Słysząc to, zawołał pobożny zakonnik: „O Jezu! jakiż to
zaszczyt, a jakem tego niegodny!" I padł twarzą na ziemię, oddając
już z daleka hołd Bogu utajonemu, którego miał nieść w swych rękach.
(Przypisek tłumacza).
Wiemy od naocznych świadków, iż gdy O. Herman trzymał Najśw.
Sakrament, twarz jego zdawała się promienieć, a oczy, rzekłbyś,
widziały bez zasłony Boga już nie zakrytego.
(Przypisek tłumacza).
Napisz do
Marii-Teresy, autorki strony
|