|
SPIS TREŚCI
Słowo od tłumacza
Przedmowa do francuskiego wydania
Odpowiedź
ROZDZIAŁ I
Urodzenie i młodość Hermana
ROZDZIAŁ
II
Artysta
ROZDZIAŁ
III
Zwycięstwo łaski
ROZDZIAŁ
IV
Neofita
ROZDZIAŁ V
Powołanie
ROZDZIAŁ
VI
Nowicjat
ROZDZIAŁ
VII
Pierwsze nawrócenia.
ROZDZIAŁ
VIII
Pierwsze prace apostolskie
ROZDZIAŁ
IX
Klasztor w Bagnères
ROZDZIAŁ X
Święta Pustynia
ROZDZIAŁ
XI
Rodzina Ojca Augustyna
ROZDZIAŁ XII
Fundacja w Lyonie
ROZDZIAŁ XIII
Fundacja w Londynie
ROZDZIAŁ XIV
O. Augustyn w Świętej Pustyni
ROZDZIAŁ XV
Gorliwość O. Augustyna o zbawienie dusz
ROZDZIAŁ XVI
Apostoł Eucharystii
ROZDZIAŁ XVII
Nabożeństwo do Najświętszej Panny i Świętych. Miłość dla Kościoła
ROZDZIAŁ XVIII
Cnoty O. Augustyna
ROZDZIAŁ XIX
Ostatnie prace i śmierć Ojca Augustyna
DODATEK
Wiązanka rad duchownych wyjętych z listów Ojca Hermana
Linki: Herman Cohen
KONWERTYCI NARODU ŻYDOWSKIEGO
w karmelu terezjańskim
|

Nowicjat
Broussey, posiadłość o 5 mil
od Bordeaux leżąca, jest niezawodnie miejscem najodpowiedniejszym
dla dusz pragnących żyć w skupieniu i modlitwie. Z daleka od gwaru
świata cisza panuje tam najzupełniejsza, a piękna i wesoła natura
podnosi myśli do Boga. W roku 1839 nabył tę posiadłość jeden z
okolicznych proboszczów, ks. Guesneau, z zamiarem oddania jej
jakiemu Zgromadzeniu zakonnemu. W następnym roku poznał O. Dominika;
te dwie piękne dusze prędko się zrozumiały, a skutkiem ich przyjaźni
było sprowadzenie Karmelitów do Broussey. W dzień św. Józefa 1840 r.
zakonnicy zamieszkiwali dom, który im Opatrzność przygotowała, a 8
Kwietnia Najśw. Sakrament został solennie wprowadzony do kaplicy.
Mnóstwo wiernych uczestniczyło w tej ceremonii: ks. Guesneau, będąc
chorym, nie mógł brać udziału w nabożeństwie, ale nad wieczorem
prosił jak o największą łaskę o pozwolenie wstania na chwilę, aby
oddać hołd Panu Jezusowi w nowej kapliczce. Wszedłszy, uczuł tak
wielką radość i wzruszenie, że zemdlał i prawie natychmiast potem
słodką śmiercią zasnął na wieki. Zakonnicy opłakali szczerze swego
dobroczyńcę i zwłoki jego u siebie pochowali. Po kilku latach, gdy
te zwłoki trzeba było przenieść na inne miejsce, zauważono z
podziwieniem, że lubo cale ciało uległo zniszczeniu, mózg zachowany
był w całości, bez śladu zepsucia, jak gdyby Bóg chciał tym cudem
okazać, jak mu miłą była zbożna myśl i ofiara sługi swego. Klasztor
w Broussey został przeznaczony na dom nowicjacki; tu więc pod inną
suknią i pod innym imieniem odnajdujemy tego, którego świat pieścił
i któremu przyklaskiwał pod nazwą Hermana. 6-go Października 1849 r.
w wilię Matki Boskiej Różańcowej przyoblekał gruby i ciężki habit
synów św. Teresy, a imię swe zamieniał na nazwę brata Augustyna -
Maryi od Najśw. Sakramentu. Odtąd świat już dla niego niczym; odtąd
zamyka się sam z Bogiem w swej celce, której jedynym" sprzętem
deska, na której sypia, a siedzeniem podłoga; odtąd zamiast salonów
złocistych i stołów bogato zastawnych, brać będzie skromny posiłek w
sali o nagich, wapnem wybielonych ścianach, gdzie jedyną ozdobą duży
krucyfiks; przed nim postawią glinianą miseczkę i drewnianą łyżkę, a
jedyną potrawą będą jarzyny, owoce, rzadko ryba. Dawniej spędzał
Herman noce na zabawie a dniami odsypiał bezsenne noce; odtąd brat
Augustyn kłaść się będzie wcześnie, a wśród nocy wstawać, boso
pójdzie do kaplicy pomimo ostrej zimy śpiewać chwałę bożą, a potem
zmarznięty powróci do zimnej izdebki i na tapczanie szukać będzie
wypoczynku, którego nieraz natura nie przyjmie pod tymi warunkami.
Dawniej dawano mu pochwały, oklaski, obrzucano kwieciem, odtąd z
krzyżem na ramionach uchodzić będzie do refektarza, klękać przed
każdym z braci, oskarżać się z najdrobniejszych uchybień i słuchać
w-milczeniu napomnień przełożonego lub zarzutów braci. W użyciu
czasu, dawniej szedł tylko za zachcianką, za kaprysem chwilowym;
odtąd posłuszny głosowi dzwonka, pójdzie, gdzie go reguła woła bez
zwłoki, bez niechęci, sam lub z drugimi w milczeniu, chyba, że mu
mistrz nowicjatu wyznaczył towarzysza do rozmowy; nie zaś według
własnego wyboru. Cóż to za przemiana! a jednak ten człowiek jest
szczęśliwy!
„Wyrazić szczęście, jakiego tu doznaję
– pisze
– bez przerwy od moich obłóczyn, to mi niepodobna! Trzebaby pióra
anielskiego, aby opisać rozkosze wewnętrzne, jakich się doznaje w
naszym nowicjacie. Będąc niemal ciągle wobec Najśw. Sakramentu, nie
mając żadnych zajęć, któreby myśli odrywały, zapomina się o ziemi i
żyje w towarzystwie cherubinów i serafinów, którzy nieustannie
otaczają Baranka. Jest to jak gdyby ustawiczna Komunia św.".
Reguła nowicjatu Karmelitów jest
twardą; widzieliśmy już, że niema tam mowy o zbytkach i wygodzie, a
jednak brat Augustyn potrafi! jeszcze dobrowolnym umartwieniem
zaostrzyć surową pokutę; do fasoli, jaką na obiad dostawał, dolewał
wody albo posypywał aloesem, aby jej smak nieznośnym podniebieniu
uczynić. Zresztą swe własne pokuty jak najstaranniej przed oczami
drugich ukrywał; ale widząc go tak posłusznym, pokornym, wiernym
regule, skorym do oskarżania się, można było sądzić, do jakiego
stopnia zaparcia się Jaska podniosła tę duszę wybraną. Z dawnych
nawyknień najtrudniej mu było pozbyć się zwyczaju palenia tytoniu i
używania czarnej kawy. Tak jednak zupełnie się na to nie uskarżał,
iż nikt nie wiedział, jak wielka to była ofiara, aż po profesji O.
Augustyna doktor zauważył, że to przełamanie się znacznie
zaszkodziło jego zdrowiu i nakazał powrócić do dawnych nawyknień, i
po trochu dopiero od nich się' odzwyczajać.
Zwyczaj Karmelu nakazuje
używania trzy razy na tydzień dyscypliny. Bóg tylko wie, ile Herman
dodawał do tego, co było ścisłym przepisem. Zakrwawione narzędzie
pokuty najwymowniej o tem świadczyło.
Skwapliwie szukał zajęć
niskich i upokarzających. „Dostąpiłem wielkiego zaszczytu – pisze do
przyjaciela
– którego bardzo pragnąłem; powierzono mi zamiatanie i porządkowanie
korytarzy, miejsc ustronnych i nowicjatu. Uważam to sobie jako
łaskę. Tę samą czynność spełnia w tym tygodniu 0. Przeor po za
nowicjatem. Taki tu duch panuje, iż każdy chciałby drugim służyć i
spełniać najniższe posługi, a to wszystko z niewymowną wewnętrzną
pociechą".
W twardym i jednostajnym życiu
nowicjackim wytchnieniem i pokrzepieniem bywają dni świąteczne, a z
pomiędzy wszystkich innych najweselej w Karmelu obchodzono dzień
Bożego Narodzenia. Oto jak o tym pisze brat Augustyn:
„Radzę ci bardzo usilnie, abyś zakosztował słodyczy gorącego
nabożeństwa do Dzieciątka Jezus. To duszę podnosi i odrywa od ziemi.
Nasz nowicjat jest pod osobliwą opieką Boskiego Dzieciątka. Przez
Adwent codziennie statuetka Dzieciny świętej przychodziła odwiedzać
jednego z nowicjuszów, który jej w swej celce ołtarzyk wystawiał i
zachowując przez 24 godzin, modlitwą i rozmyślaniem gotował się
przed nią do obchodzenia świąt Bożego Narodzenia. Módl się do
Dzieciątka Jezus. Jakie ono słodkie i miłe! Ułożyłem dla niego
kolendę, którą śpiewamy wieczorem podczas nadliczbowych rekreacji w
tym czasie świątecznym".
Kolęda, o której wspomina brat
Augustyn, była wydana w zbiorku jego pieśni pod tytułem: „Kwiaty
Karmelu", zaczyna się od słów dobrze znanych teraz:
O solitaires du
Carmel
Interrompes la
pénitence...
Entonnons un joyeux
Noël
A l'Enfant Jésus du
Carmel!
W przekładzie brzmi:
Przerwijcie pracę, pokutę,
O Karmelu pustelnicy!
Śpiewajcie wesołą nutę
Dziecinie Maryi-Dziewicy!
Słowa tej kolędy są także O. Augustyna;
później mawiał żartobliwie: „Co to może posłuszeństwo! Mocą rozkazu
prawie poetę ze mnie zrobili!"
Tylko za wyjątkowym
pozwoleniem nasz artysta dał tym razem folgę natchnieniu; w ogóle
było mu to w nowicjacie wzbronione, jednak pod koniec przełożeni
sami uznali za potrzebne wprowadzić znowu Hermana w dziedzinę
harmonii i pieśni, gdyż i ten gwałt zadawany naturze szkodliwie
wpływał na jego zdrowie. Siostra Maria Paulina przysłała mu w
Czerwcu 1850 r. słowa do pieśni, oto jak odpowiada:
„Są chwile, kiedy poczucie mego
szczęścia zupełnie mi dech w piersi zapiera!... Chwalmy Jezusa!
kochajmy Jezusa!... Jezus nie chce, abym teraz dorobił muzykę do
pięknych słów, które mi Siostra przysłałaś. Wczoraj, odczytując je
tylko raz jeden, czułem w duszy odpowiednią do nich melodię... im
dalej czytałem, tym muzyka głośniej brzmiała mi w uszach. Za drugim
odczytaniem byłbym ją mógł napisać... Ale Jezus wyraził swą wolę;
przed profesją nic już obcego myśli mej nie ma zaprzątać; zresztą
czas bliski. Jeśli jednak może jaka ofiara dla Jezusa uczyniona być
przykrą, to ta nią była. Niech się dzieje najświętsza wola Jezusa i
niech będzie błogosławiony, iż nam daje sposobności złożenia Mu tych
małych ofiar!..."
Nasz nowicjusz wszelkiego
rodzaju ofiary chętnie składał, nawet te, które jego pobożnemu sercu
najtrudniejsze były. Zwyczajem jest w nowicjacie Karmelu odprawiać
nocną adorację od 7 wieczór do 5 z rana. Domyśleć się można, jak ten
zwyczaj miły był gorącemu czcicielowi Najśw. Sakramentu! „Miałem
szczęście – pisze do hr. de Cuers – wstawać drugi raz co noc i od 4
do 5 – (moja paryska godzina!) – i adorować Jezusa utajonego!...
Zrozumiesz, że ta godzina była mi drogą, gdyż sam jeden
reprezentowałem u stóp P. Jezusa i nasze Zgromadzenie i członków
adoracji paryskiej... Tymczasem wczoraj przychodzi rozkaz O.
prowincjała, aby po 2-giej godzinie w nocy nie czuwać!... Trzeba się
było poddać... Na szczęście, moja celka bardzo blisko kaplicy, i
choć w pozycji horyzontalnej mogę porozmawiać z P. Jezusem.
Oto jedyny przywilej, o który prosił
Herman, wstępując do nowicjatu: mieć celkę najbliższą kaplicy.
Eucharystia była zawsze życiem jego duszy i całą siłą. „Zdaje mi się
– pisze – że jestem w niebie! Dostałem od O. prowincjała pozwolenie
na codzienną Komunię św. w czasie miesiąca Czerwca, na cześć Najsł.
Serca!"
Nie bez powodu Pan Jezus
natchnął przełożonych naszego nowicjusza taką myślą: miał być bowiem
w tym czasie narażony na bolesną próbę.
W ciągu miesiąca lipca 1850 r.
zauważono w wiosce Broussey, że obca osoba, której postawa i ubranie
zdradzały wyższe pochodzenie, a blade oblicze głęboki smutek,
zamieszkała w bliskości klasztoru. Tegoż dnia, gdy przyjechała,
zauważono, że skierowała swe kroki ku kaplicy klasztornej, a
stanąwszy w przedsionku przy oknie, z którego widać było ogród,
długo przypatrywała się przechadzającym się nowicjuszom. Nazajutrz
do tej samej pani zawołano do rozmownicy brata Augustyna. Była to
matka Hermana. Gdy wszedł w towarzystwie mistrza nowicjuszów, p.
Cohen zemdlała. Objawy najczulszej miłości synowskiej przywołały ją
do życia, a nowicjusz ciągle powtarzał: „Mamo, ja taki szczęśliwy!"
Podczas nabożeństwa pani Cohen
słuchała z największym wzruszeniem poważnego głosu organów. Od
pierwszego uderzenia poznała rękę syna i łzy obfite spływały po jej
twarzy.
Przez 10 dni powtarzały się te
odwiedziny wraz z usiłowaniem, na jakie tylko mogło się zdobyć
macierzyńskie serce, aby syna odzyskać. Herman już był uzbrojony na
te walki: w wilię przyjazdu matki, bojąc się własnej słabości,
złożył (za pozwoleniem przełożonych) w głębi serca swego śluby
zakonne. Cokolwiek matka powiedzieć mogła, rozbijało się jak o skałę
o mężne postanowienie młodzieńca; ani łzy ani prośby, ani obietnice
go nie zachwiały. Natomiast w ten biedny, zaślepiony umysł, starał
"się usilnie wlać promień prawdziwego światła; podwoił modlitw i
ofiar o nawrócenie matki, lecz te usiłowania daremne były! „Matka
moja odjechała – pisze 8-go sierpnia – nienawrócona. Wzruszona
wprawdzie, waha się, ale lęka się rodziny. O rodzino! ty będziesz
zawsze nieprzyjaciółką wielkich ofiar dla Boga spełnionych!"
Wielka była boleść nowicjusza,
ale nie poddał się zniechęceniu. Gorliwość jego, zdaje się, rosła w
miarę walk i trudności. Oddał się był Bogu bez żadnego zastrzeżenia
i Bóg go nagradzał, oddając mu się cały. Pięknie jest słyszeć, jak w
chwili właśnie, gdy pan żąda od niego najcięższej dla serca dziecka
ofiary, on rozumiejąc głos boży, wznosi się wysoko na skrzydłach
zaparcia i stara się drugich pociągnąć. Oto co pisał do hr. de
Cuers: „Wyrzeknijmy się wszystkiego, co nam najbliższe... nie mówię
już o przyjemnościach, bogactwach, zaszczytach, to abecadło
prawdziwej cnoty i dzięki Panu, już dawno ty i ja wyrzekliśmy tych
rzeczy! Ale zdaje mi się, że jeżeli nie zawsze czujesz, spokój
wewnętrzny, jeśli czujesz próżnię w życiu, coś cię jeszcze trwoży –
pozwól to bratu powiedzieć –musi być twoja ofiara nie zupełna,
musiałeś jakąś cząstkę samego siebie sobie zostawić... I namawia go,
aby się wzniósł do tych wyżyn, gdzie wiecznie mieszka słodki Jezus,
boski przyjaciel, miłość naszej miłości!
Nowicjusz tak usposobiony,
mógł już wstąpić na stopnie ołtarza i dokonać przyrzeczonej ofiary.
To też w rok po obłóczynach, 7-go października 1850 r. brat Augustyn
składał śluby zakonne.
Osobistość Hermana tak była
znana, iż wiele osób przyjechało z różnych stron, aby być obecnymi
tej uroczystości. Przed ołtarzem św. Teresy, ozdobnie przybranym,
zasiadł na podwyższeniu O. Rajmund od Dziewicy Maryi, otoczony
zakonnikami w białych, poważnych płaszczach, a mistrz nowicjatu
przyprowadził brata Augustyna. Ten uklęknąwszy przed przeorem,
pocałował rąbek jego szkaplerza i odpowiadał na pytania, zadawane po
łacinie. Dawni znajomi Hermana, mogli zauważyć, że twarz jego bardzo
zbladła i wychudła, ale jakiś blask szczęścia bił z podniesionego
czoła.
„Czego chcesz, mój synu?" – zapytał
przeor.
„Miłosierdzia bożego, ubóstwa zakonnego
i przypuszczenia do towarzystwa braci!"
„Czy masz zamiar wytrwać odważnie w
Zakonie aż do końca życia?"
„Tego pragnę za pomocą łaski bożej i
modlitwy braci naszych!"
Następnie, klęcząc ciągle u
stóp przełożonego wyrzekł formułę ślubów:
„Ja, brat Augustyn-Maria od
Najśw. Sakramentu, składam moją profesję; ślubuję posłuszeństwo,
czystość, ubóstwo Bogu, błogosławionej Dziewicy Maryi z Góry Karmelu
i przewielebnemu Ojcu Józefowi - Maryi od Najsł. Serca Jezusowego,
Jenerałowi Karmelitów bosych i jego następcom podług pierwotnej
reguły tego Zakonu aż do śmierci!".
Po czym nowy profes upadł krzyżem na
ziemię, podczas kiedy Ojcowie i bracia śpiewali Te Deum. Gdy
powstał, głowę jego uwieńczono kwiatami i poszedł każdemu z Ojców
oddać pocałunek pokoju; bracia śpiewali: Ecce quam bonum et quam
jucundum, habitare fratres in unum".
Przy ostatnich słowach psalmu
Zniknął Augustyn po za ołtarzem, a pieśń świętej radości zabrzmiała
w kościele. Od tej chwili już Herman całkiem należał do Karmelu.
Zaraz po profesji wysłano
młodego zakonnika do Agen, aby się tam przez studia teologiczne
przygotował do kapłaństwa. Czas tu spędzony i zajęcia brata
Augustyna streszcza dostatecznie list następny do przyjaciela z dnia
7-go listopada 1850 r.: „Pytasz się mnie, czy Adoracja Najśw.
Sakramentu straciła na mej zmianie życia? Sądzę, że nie powinna nic
na niej stracić. Któż mi przeszkadza ofiarować moje nauki jako hołd
miłości Jezusowi utajonemu pod postacią chleba? Czyż nie mogę uczyć
się z miłości czytać, dyskutować, pisać, z pobudek miłości?
Prawdziwa adoracja, pokłon nad
pokłonami to spełnianie woli bożej... Wiedząc tedy, że Pan Jezus
wymaga ode mnie, abym teraz wszystkie chwile poświęcał nauce,
powinienem oddawać Mu tę pracowitą adorację, która Mu będzie milszą
niż gdybym w chórze spędzał dnie i noce w zachwytach, przeciwko woli
przełożonych".
Widzimy, że brat Augustyn, jak
najzdrowiej, jak najsłuszniej pojmował zasady życia duchownego,
opierając je przede wszystkim na posłuszeństwie, a więc spełnieniu
woli bożej. To też P. Bóg błogosławił jego usiłowaniom i, chociaż
nauki teologiczne odbywał tak późno i tak krótko,
nigdy później w nauczaniu nie błądził, nie zaszedł ani na włos z
prostej drogi i nie dał się bogatej wyobraźni uwieść na manowce.
Jeśli sobie przypomnimy, jakie było usposobienie przyrodzone Hermana
i jaka jego przeszłość, możemy to uważać za skutek wyraźny łaski i
podziwiać dobroć bożą, która wlewa przedziwną światłość w umysły
pokornie i zupełnie mu oddane.
Jako wytchnienie w czasie
nauk, przełożeni pozwolili Hermanowi wolne chwile poświęcać muzyce i
wtedy to napisał ów cudownie piękny zbiór pieśni do Najśw.
Sakramentu; tu talent artysty i natchnienie miłośnika Boga utajonego
wzniosły się najwyżej. W wymownej przedmowie, tryskającej zapałem i
gorącością ducha, opowiada cuda łaski bożej w swej duszy: „Co do
mnie, o słodki Jezu, Tyś mnie zaprowadził na puszczę i przemawiasz
do serca mego!... dnie moje i noce rozkosznie ulatują na
dziękczynieniu za Komunię dzisiejszą, a przygotowaniu do
jutrzejszej... żyję zatapiając się w niewysłowionym połączeniu Boga
z najniegodniejszym stworzeniem... całuję z uniesieniem mury mej
celki, gdzie nic mnie nie odrywa ód mego jedynego zajęcia, od czci i
miłości Najśw. Sakramentu!... gdzie zerwawszy wszystkie pęta, które
duszę do ziemi przykuwają, mogę wzbić się jak gołębica aż do tych
wyżyn, w których jasne słońce łaski świeci i ogrzewa i serce tonie w
oceanie szczęścia i goreje płomieniami miłości!...
„Niechaj ci przyjdą – woła na
końcu – ci, którzy mnie dawniej podziwiali, a którzy gardzą Bogiem –
Człowiekiem, umierającym z miłości ku nam na krzyżu!... niech
przyjdą i niech powiedzą, mój Jezu, czy Ty nie umiesz odmieniać
serca!
... Jeśli porzuciłem ich złociste
salony i nie chodzę po ich miękkich kobiercach, nie ubiegam się za
ich pochwałami, to dlatego, żem znalazł przedmiot nieśmiertelnej
chwały w upokorzonym Mieszkańcu ołtarzy naszych!...
...Jeśli nie zasiadam przed zielonym
stolikiem i nie ubiegam się za zlotem tej ziemi, to dlatego, że
znalazłem bogactwo, skarb nieprzebrany w Puszce, ukrytej w cichym
Tabernakulum, tam czerpię upojenie moje!..
... Jeśli mnie już nie widzą przed
stolami, uginającymi się pod jadłem i napojem, i w szumnych
zebraniach światowych, to dlatego, że znalazłem ucztę niebiańską,
stół kosztowny, towarzystwo Aniołów, szczęście nieprzebrane, którym
napawać się będę bez końca. Tak! znalazła moja dusza, którego kocha,
i nie opuści Go więcej..."
... O wy, którzy gonicie za marnym
szczęściem tej ziemi!... przyjdźcie i kosztujcie jak słodkim jest
Pan!..."
To szczęście, te zachwyty
niebiańskie brata Augustyna jeszcze nie wzbiły się do najwyższej
potęgi, nie doszły najwyższego szczeblu, bo jeszcze nie był
kapłanem! Zmierzał jednak szybkimi krokami do tego szczytu, a każdy
krok nowe wywoływał hymny dziękczynne w duszy przyszłego sługi
ołtarza. Dnia 10-go stycznia 1851 r. pisze do S. M. Pauliny:
„Za laską P. Jezusa zostałem diakonem i
cały drżę ze wzruszenia, myśląc o tem... W dzień Trzech Króli, przy
nieszporach, wystawiałem Najśw. Sakrament... Może sobie siostra
wystawić, co się ze mną działo, gdy moje niegodne ręce trzymały
Króla chwały!... O miłości Boga!..."
Już niedługo wybije uroczysta
godzina święceń kapłańskich. W Niedzielę Kwietnia 1851 r., donosi o
tem swemu ojcu chrzestnemu, doktorowi Gouraud, listem następującym:
"Są w życiu naszym
okoliczności takiej wagi, iż potrzebujemy wśród nich pomocy
wszystkich nam drogich osób. Taką będzie chwila moich święceń
kapłańskich naznaczonych na przyszłą sobotę. Jakże mi brakować
będzie tego dnia, tego, który mi towarzyszył przy Chrzcie św., przy
pierwszej Komunii, przy Bierzmowaniu, przy tych chwilach łaski i
miłosierdzia!... Ale najstraszniejszą, przygniatająca mnie swoją
wielkością, będzie uroczystość przyszłej soboty, a zwłaszcza moja
pierwsza Msza, którą w dzień Wielkiej nocy mam odprawić! Nie zapomnę
ani Pana, ani Pańskiej rodziny tego. dnia. Ani jednego dnia o Panu w
modlitwach nie zapominałem. I Pan, niechaj tego dnia usłucha
względem mnie popędu życzliwego serca. Proszę prosić o modlitwę moją
Matkę chrzestną i wszystkich naszych przyjaciół... rachuję na te
modlitwy, one mnie wspierać będą... Nie mogę wyrazić mego
wzruszenia; moje serce dzieli się między poczuciem szczęścia
niewysłowionego, i świętego przerażenia. Módlcie się za mnie!"
Każdy list brata Augustyna
odsłania nam lepiej tajniki tego serca, którego każcie uderzenie
jest dla Chrystusa Pana. W Wielki Piątek, w wilię swych święceń,
pisze do S. M. Pauliny: "Wyniszczmy się dla Jego chwały, ach!
wyniszczmy się zupełnie! Robiłem dziś tę uwagę, że tyle razy
zadawszy p. Jezusowi śmierć przez moje grzechy, jutro będę mógł Mu
oddać przy ołtarzu niejako nowe życie!.. ale chociażbym sprawiał
najświętszą Ofiarę przez tysiąc lat, nie mógłbym tyle razy dać
Zbawcy nowe życie, ile razy zadałem mu śmierć przez moje obrzydliwe
grzechy i niewdzięczności"
Nazajutrz po święceniu, te
słowa tylko nakreśla: „Później może będę mógł dać Siostrze szczegóły
o uroczystości wczorajszej, która mnie więcej poruszyła niż to
wyrazić mogę. Dzisiaj jeszcze nie oprzytomniałem i nie pragnę
zupełnie oprzytomnieć. Niech przynajmniej ogień mojej miłości
goręcej się rozpali, abym mógł odpowiedzieć przeobfitym łaskom,
które na mnie spadają. Uproś mi Siostra wierności, wdzięczności,
miłości krzyża, pragnienie chwały bożej!"
W kilka dni po wyświęceniu miał O.
Augustyn pierwsze swe kazanie; wziął za przedmiot częstą Komunię św.
i można sobie wystawić, z jakim zapałem zachęcał swych słuchaczy do
tej praktyki, której wartości nikt lepiej od niego znać nie mógł i
która, jak mówił, podnosi do najwyższej doskonałości i Wiarę, i
Nadzieję, i Miłość!
Wzruszenia nowego kapłana w
czasie tych dni uroczystych były tak silne, iż siły fizyczne ich nie
zniosły i O. Augustyn ciężko zachorował. Pisał potem (pod datą 28-go
Czerwca), iż byłby chętnie przeniósł się z wygnania do prawdziwej
ojczyzny. Ale posłuszeństwo wyrzekło: wstań i stanąłem do pracy! Non
recuso laborem i, jakakolwiek będzie, ciężkość dnia i upalenia, mam
nadzieję, że się w tył nie obejrzę!"
Zobaczymy teraz, jakich prac
Bóg od niego zażądał i jaką drogę przed nim otworzył.

Pierwsze nawrócenia.
W pierwszych dniach września
1851 roku. O. Dominik, prowincjał Karmelitów we Francji. jadąc do
Bordeaux, gdzie zakładał nowy dom, wziął ze sobą O. Augustyna. był
to bowiem czas wakacji scholastykatu. Podczas swego pobytu w tem
mieście O. Augustyn chodził ze Mszą św. do różnych Zgromadzeń
zakonnych i tu miął kilkakrotnie sposobność rozwinąć zrazu
nieśmiałe, ale zawsze szczęśliwie swą gorliwość apostolską. I tak,
razu pewnego, gdy po Mszy w szpitalu św. Andrzeja kończył
dziękczynienie, jedna z Sióstr Miłosierdzia przychodzi go prosić,
aby zechciał pójść na salę do chorego, który pomimo niebezpiecznego
stanu ani słyszeć nie chce o spowiedzi. O. Augustyn chętnie poszedł
za Siostrą. Wszedłszy na salę, zastaje chorego z tak wyniosłą miną,
tak niechętnym wejrzeniem, iż trzeba było odwagi, aby się do niego
zbliżyć. Cicho, łagodnie, przemawia słów kilka zakonnik na ucho
nieszczęśliwego; blady uśmiech jest odpowiedzią, a wkrótce sprawa
wygrana; chory przystaje na spowiedź. Powróciwszy do zdrowia, ów
robotnik dziękował gorąco tym, co mu przywrócili więcej niż zdrowie,
bo spokój sumienia!
Kilka podobnych wydarzeń
zaznaczyło te pierwsze działania O. Augustyna jako kapłana.
Z Bordeaux udał się ze swym przełożonym
do Broussey, a po kilku dniach powrócił do Agen. Koło połowy
Października widzimy go znowu w drodze do Carcassonne, gdzie
karmelici bosi wprowadzali się do klasztoru i kościoła,
sprofanowanego przez rewolucję i przez długie lata służącego na
magazyn wojskowy, Ceremonię opisuje O. Augustyn w listach do św.
Pauliny i hr. de Cuers; odbyła się z największą okazałością, biskup
po poświęceniu kościoła procesjonalnie poszedł po Najśw. Sakrament
do parafii i otoczony karmelitami, duchowieństwem, cechami, chórami
dziewczątek w bieli i mnóstwem ludu, wniósł Pana nieba i ziemi do
świątyni, wydartej mu przez lat tyle, a obecnie na nowo poświęconej
służbie i chwale bożej. Przy nieszporach cudowne tony płynęły spod
palców O. Augustyna, a dwa chóry śpiewały na przemian pieśni jego
utworu.
Za powrotem do Agen młody
kapłan oddał się na nowo przerwanym studiom teologicznym. Kilka
miesięcy upłynęło spokojnie wśród pacy, modlitwy, pokuty.
Ale w sercu szczęśliwego zakonnika
jeden głęboko tkwił cierń. Nie przestawał Boga prosić o nawrócenie
rodziny, a w tej ważnej sprawie jeszcze ani kroku naprzód nie
postąpił! O jakże pilno było naszemu konwertycie te drogie zbłąkane
owieczki wprowadzić do owczarni! Najmniej oporną zdawała się siostra
O. Augustyna, pani B. Wyjeżdżając z Paryża, poznajomił ją Herman z.
S. Pauliną du Fougerais, wiele spodziewając się po jej dobrym
wpływie. Gorliwa zakonnica, chcąc łatwiej tę duszę poznać i
pozyskać, wyrobiła dla pani R. lekcje muzyki w pensjonacie
klasztornym, stąd bliższa znajomość i droga utorowana do lepszego
porozumienia się.
W kwietniu 1852 r. dowiaduje
się O. Augustyn, że jego siostra wraz z mężem i dzieckiem wybierają
się odwiedzić go w jego pustelni: wiadomość ta sprawia mu wielką
radość, jak widzimy z następnej odpowiedzi: „Wieść, iż za kilka
tygodni będę cię miał tutaj, napełniła mnie nadzieją i weselem! Bądź
pewna, że będziemy wielce chwalić Boga po tym widzeniu się! Ja,
który ciebie zawsze tak kochałem, będę mógł wreszcie otworzyć ci
moją duszę aż do dna, będziesz mogła widzieć ile w niej szczęścia
się mieści, ile niebiańskich wzruszeń... – będziemy mogli razem się
cieszyć i razem płakać, ale łzami radości...." Opisuje następnie z
uniesieniem działanie łaski bożej w duszy, która się nie opiera, i
przytacza z pisma św. proroctwa tyczące Zbawiciela i dowody
niezbite, iż się wszystkie w osobie Chrystusa Pana sprawdziły.
Ale wiedział O. Augustyn, że
modlitwa więcej może niż najbardziej przekonywujące, argumenty. To
też z jaką usilnością i modli się, i stara się o modlitwy, i
wyprasza je wszędzie! Pisze do S. Pauliny: „Żeby to moja rodzina
wiedziała, ile się za nich modlą!! Nie mówiąc o wielkiej liczbie
Komunii generalnych na tę intencję ofiarowanych, po seminariach i
zgromadzeniach zakonnych, w tym miesiącu odprawiliśmy nowennę do
Matki Boskiej, na zakończenie której około 600 osób udało się do
Peyragude pielgrzymką i przed cudownym obrazem Matki Najświętszej
wzniosły się z tych wszystkich serc modły o nawrócenie moich
drogich. Sam przy mojej Mszy rozdałem ze 160 Komunii św.". W tej
świątyni, tak ukochanej przez wiernych z diecezji Agen, złożył O.
Augustyn nową pieśń u stóp Matki Boskiej wraz z dedykacją, w której
gorącymi słowy zaklinał Maryję, aby przez miłość dla Boskiego Syna
swego i jego w wieczności połączyła z ukochaną matką, obiecując, że
jeśli prośby jego wysłucha, powróci jako wdzięczny pielgrzym
podziękować w tej samej świątyni, swej niebiańskiej Orędowniczce za
odebrane łaski. I rzeczywiście w osiemnaście lat potem w Maju 1870
r. zobaczymy O. Augustyna w Peyragude, dziękującego za łaskę
udzielenia Chrztu św. dziesięciu członkom swej rodziny...
Ale nie wyprzedzajmy wypadków.
W końcu maja pani B.
przyjechała według obietnicy do Agen. Nie będziemy opowiadać długich
i poufnych rozmów brata i siostry. Uprzedzenia młodej izraelitki
topniały w miarę coraz silniejszych i bardziej przekonywujących
dowodzeń brata, kazanie usłyszane z ust jego w dzień św. Trójcy o
tej przedziwnej tajemnicy ostatnie niedowierzanie wyrwało z jej
serca, jednak wahała się... „Już wiem – mówiła do Hermana – że
jeżeli nie przejdę na wiarę katolicką, będę potępioną na wieki. Ale
wolę być potępioną, niż stracić mego Jerzego (jej syn jedynak), a
odebrano by mi go z pewnością, gdybym się ochrzciła!"
Chodzili razem po ogrodzie,
kapłan zakonnik i młoda matka, którą tyle więzów przykuwało do
świata, do dawnych przesądów, do zakorzenionych i upornych błędów...
W tej rozmowie miała się ostatecznie sprawa rozstrzygnąć. O.
Augustyn już był wyczerpał wszystkie argumenty; wreszcie staje przed
siostrą i surowo mówi: „Jak to, ty wierząc, że religia katolicka
jest jedynie dobra, a nie mając odwagi tę wiarę wyznać, będziesz
śmiała pokazać się na oczy S. M. Paulinie?... taką jej nagrodę
gotujesz za tyle jej dobroci i starań o twoją duszę?..."
Czasem jednej kropelki tylko
trzeba, aby dopełnić miarę uczuć serca. Tą kropelką było owo
wezwanie do przyjaźni dla tej, którą pani R, nazywała swoją drogą
matką. Zadrżała i nastąpiła chwila ostatecznej walki... Po chwili
rzekła: „Jeśli mogę ukryć się przed mężem z przyjęciem Chrztu św.,
to pragnę zostać chrześcijanką przed powrotem do Paryża".
W pięć dni potem – było to w
dzień Serca Jezusowego – w czasie chwilowej nieobecności pana R.
bardzo wczesnym rankiem, w kaplicy prywatnej O. Augustyn ukochaną
siostrę wprowadził do Kościoła Bożego i karmił ją po raz pierwszy
Chlebem Anielskim. W tym samym czasie Bóg dziwnym i niepojętym
sposobem przemawiał do serca siedmioletniego Jerzego, synka pani R.
Rzewne opowiadanie tego nawrócenia przytoczymy w swoim czasie, gdyż
dopiero w cztery lata potem dziecko zostało ochrzczone. Tu jeszcze
wspomnimy o śmierci matki Hermana, aby później nie przerywać także
opowiadania o jego pracach apostolskich.
W grudniu 1855 roku O.
Augustyn dowiedział się o śmierci swej matki. Zmarła nienawrócona,
najgorętsze pragnienia syna, najżarliwsze modlitwy jego nie odniosły
skutku... Łatwo sobie wystawić boleść tego kochającego serca! I
miłość jego i wiara na ciężką były narażone próbę. Ale nie upadł pod
ciosem, nie uległ pokusie zwątpienia, rąk nie opuścił. Właśnie
wówczas miewał kazania adwentowe w Lyonie i tego samego dnia
wieczorem musiał wstąpić na ambonę. Niejednemu zbrakłoby było
odwagi. O. Augustyn po długiej modlitwie i gorących łzach wylanych u
stóp ukrzyżowanego, rozpoczął przemowę, a mówił o śmierci. Ci co go
słyszeli, twierdzą, że popłynęły tego dnia z ust jego słowa
niewypowiedzianej siły i głębokiego namaszczenia, które aż do dna
wstrząsały serca słuchaczy. A gdy na zakończenie wspomniał o własnej
boleści, odpowiedziano mu łkaniem...
Wkrótce potem, będąc w Ars, O.
Augustyn zwierzył się świętemu ks. Vianney ze swym smutkiem i
niepokojem. „Ufaj – rzekł mu sługa boży – ufaj, a przyjdzie dzień,
będzie to w święto Niepokalanego poczęcia Najśw. Panny, który ci
przyniesie wielką pociechę!"
Te słowa poszły niemal w
zapomnienie, gdy w sześć lat po śmierci swej matki, 8 grudnia 1861
r. O. Augustyn dostał przez ręce pewnego kapłana Towarzystwa
Jezusowego list następującej treści:
„Dnia 18 października doznawałam po
Komunii św. tego słodkiego uczucia połączenia z p. Jezusem, którym
mnie tak silnie przejmuje, iż wiara już mi się staje niepotrzebną.
Usłyszałam głos Jego i słowa odnoszące się do rozmowy, którą w wilię
tego dnia miałam z pewną osobą: Przypomniałam sobie zaraz, że w tej
rozmowie moja przyjaciółka wyrażała zdziwienie, iż P, Bóg, który
wszystko obiecał modlitwie, nie wysłuchał próśb O. Hermana, gdy się
tak gorąco o nawrócenie matki modlił. Starałam się uspokoić ją,
tłumacząc, że nie powinniśmy sądzić tajemnic postępowania bożego.
Teraz zaś ośmieliłam się zapytać P. Jezusa, jak się to stało, iż
mógł oprzeć się prośbom O. Hermana i odmówić mu nawrócenia matki?
Oto odpowiedź którą usłyszałam:
„Dlaczego Anna zawsze bada moje skryte
wyroki i chce przeniknąć mi tajemnice? Powiedz jej, że z obowiązku
łaski mojej nikomu nie daję, ale komu mi się podoba, a tak czyniąc
nie przestaję być sprawiedliwym i sprawiedliwością samą. Niechże wie
jednak, że raczej poruszyłbym niebo i ziemię, aniżeli bym miał
niewiernym się okazać moim obietnicom, i że każda prośba, która ma
na celu moją chwałę i zbawienie dusz, będzie wysłuchaną, byleby
miała potrzebne warunki. Aby cię o tym przekonać, dam ci światło,
które ci objawi co się działo w chwili śmierci matki O. Hermana".
I oto com zobaczyła: w chwili gdy
dogorywała pani Cohen, gdy się wydawała bez przytomności, prawie bez
życia, oto nasza dobra Matka Maryja, padając do nóg swego Boskiego
Syna, zawołała: Miłosierdzia, o Synu! nad tą duszą która ma zginąć!
Zrób, proszę Cię, dla matki mego sługi Hermana, co byś chciał, aby
on zrobił dla. mnie, gdybyś Ty był na jego miejscu, a ona w jej
położeniu. Dusza matki jest mu tak drogą! tysiąc razy mi ją oddawał
i polecał mej opiece! Czyż mogę patrzeć na jej zgubę? Nie, nie, ta
dusza jest moją własnością, domagam się o nią jako o cenę Krwi
Twojej i boleści moich pod Krzyżem. Zaledwie Matka Najśw. przestała
mówić, gdy łaska silna, potężna, wytrysnęła ze zdroju łask wszelkich
ze Serca Jezusowego i przeszywając serce biednej, umierającej
Izraelitki, zwyciężyła natychmiast jej opór i zatwardziałość. Ta
dusza zwróciła się z miłością do Tego, który ją miłosierdziem
dosięgał aż na łonie śmierci, i zawołała: „O Jezu! Boże chrześcijan.
Boże, którego syn mój wzywa! wierzę.... ufam... zmiłuj się nade mną"
W tym okrzyku, który Bóg tylko słyszał, zawarty był, akt żalu,
pragnienie chrztu i postanowienie nawrócenia gdyby życie było
przedłużone. W tych uczuciach dusza zerwała słabe pęta, łączące ją
jeszcze z tą ziemią i stanęła przed Tym, który jej był pierwej
zbawcą aniżeli sędzią.
Pokazawszy mi to wszystko, P.
Jezus rzekł: „Donieś o tym O. Hermanowi; chcę, aby miał tę pociechę
po długich cierpieniach i ażeby rozgłaszał dobroć serca mej Matki i
jej potęgę nad moim".
List zakończony był tymi
słowy: „Zupełnie nieznana O. Hermanowi, biedna chora, której ręka
kreśli te wyrazy, cieszy się myślą, że one wleją trochę pociechy w
jego zbolałe serce syna i kapłana. Śmie przy tym prosić o jego
modlitwy, ufając, że je nie odmówi duszy, złączonej z nim węzłami
wspólnej wiary i tej samej nadziei..."

Pierwsze prace apostolskie
Klasztor karmelitów w
Carcassonne, przy którego otwarciu widzieliśmy O. Augustyna, został
przeznaczony przez prowincjała dla nauk teologicznych; tam też
posiano naszego młodego kapłana w końcu Czerwca 1852 r. Lato i
jesień schodzi na cichej pracy, przeplatanej modlitwą. O. Augustyn
mało z zacisza wychodzi, tylko gdy zaproszony z kazaniem, ale gorący
czciciel Najśw. Sakramentu i w celi swej potrafi pracować nad
rozszerzeniem tego nabożeństwa. Adoracja nocna szczególniej mu na
sercu leży. Dowiaduje się, że w Bordeaux członkowie św. Wincentego
pragną adorację między sobą zaprowadzić; wnet – pisze do przyjaciela
de Cuers, aby przysłał regulaminy, a jeśli być może, sam pojechał
dać początek Stowarzyszeniu. „Dwóch Ojców naszych – dodaje – miewało
teraz kazania w Bordeaux, serca są rozgrzane, trzeba z tego
skorzystać. Oddajmyż tę przysługę słodkiemu Jezusowi".
W kilka miesięcy potem
chciałby sprowadzić hr. de Cuers i do Carcassonne: „Jakże byś mi się
tu przydał, mój drogi, dla zaprowadzenia nocnej adoracji! Ja nie
mogę wychodzić po za dom chyba z kazaniem, a tak pragnę widzieć w
tym mieście to nasze kochane Stowarzyszenie! W Bordeaux już jest stu
członków; pierwszej nocy zebrało się ich 24. W Tuluzie także 50
członków już zdobytych".
Wkrótce mógł O. Augustyn
osobiście zająć się tą sprawą. Rok 1853 schodzi na ciągłych
podróżach i pracach apostolskich niemal w całej południowej Francji,
Jak dawniej w fantastycznych wyprawach, tak teraz w świętych
pielgrzymkach dla chwały bożej przedsiębranych, trudno podążyć za
nim i zliczyć miejsca, gdzie rozbrzmiewa w ustach jego słowo boże.
Wszędzie go chcą słyszeć, wszędzie sam widok głośnego konwertyty
głębokie sprawia wrażenie. W Pamiers ma kazanie na obłóczynach
Karmelitki: „Przez trzy kwadranse – pisze gazeta, tamtejsza – mówca
trzymał w zawieszeniu uwago licznie zebranej publiczności i
przekonał, że wiara, łaska boska i pobożność, są prawdziwą wymową
ucznia Chrystusowego".
W Lyonie wygłasza kazanie" na cel
dobroczynny, a skutek tak świetny, że kwesta 6.000 franków przynosi.
Arcybiskup Lyoński pisze do prowincjała karmelitów, prosząc by
powierzył O. Augustynowi założenie Adoracji nocnej w jego mieście i
przemawianie z wszystkich ambon kościołów w tym celu. Wśród tych
zajęć przychodzi zaproszenie z Genewy na kazania Majowe. O Augustyn
przyjmuje z radością wołając: „Obym mógł choć w części naprawić
zgorszenie, jakie niegdyś dałem w tym mieście! Gdybym mógł choć
jednego protestanta nawrócić, już bym miał za co chwalić
miłosierdzie boże!"
Avignon, Marsylia, ugaszczają
kolejno mnicha kaznodzieję. W tym ostatnim mieście, gdy zszedłszy z
ambony O. Augustyn przedostał się przez tłum, aby klęknąć u stóp
biskupa, ten, ściskając go w swych ramionach, rzecze: „Niech cię Bóg
błogosławi za pociechę, jakąś mi dał! Twoje słowa znalazły odgłos aż
w głębiach mego serca i pragnę je tam na zawsze zatrzymać!"
Z Hyeres pisze 30 Kwietnia:
„Kazałem w Beziers, Montpellier, Avignon, Toulon, Marsylii; Pan
Jezus wszędzie błogosławił tak jak w Lyonie!" Ale zdrowie jego tak
silnie nadwyrężone zostało tyloma pracami, że musiał odstąpić od
jazdy do Genewy. „Matka Boska mi to jednak wynagrodzi" – pisze. I
rzeczywiście kilka nawróceń pocieszyło w tych czasach serce
gorliwego zakonnika. 2 Maja daje chrzest Izraelicie już 36 lat
liczącemu. 7 maja przyjmuje na łono katolickiego kościoła pewną
panią protestantkę, która od dawna opierała się wszelkim namowom, a
za pierwszym niemal słowem O. Augustyna dała się zmiękczyć i wraz z
dziećmi wyrzekła się błędów kacerstwa.
Wracając do Lyonu i tam miał
szczęście wpłynąć stanowczo na nawrócenie dwóch Izraelitów, braci
bliźniaków, którzy później księżmi zostali, a w serdecznych listach
dziękowali Ojcu Hermanowi za umocnienie ich w wierze wśród srogiego
prześladowania, cierpianego od krewnych.
Zaledwie powrócił do swej
siedziby, O. Augustyn został skazany na nowy wyjazd. Lekarze widząc
mocno zszarpane siły, kazali mu jechać na południe Francji do
Castelbelle, gdzie rozkoszny klimat i powietrze morskie wielu
zdrowie przywracało. Za towarzysza dostał O. Ludwika od Najśw. Serca
i w ostatnie dni Maja puścił się w drogę: Pobyt w Castelbelle był
czasem wielkich cierpień fizycznych, od których już rzadko miłośnik
krzyża miał być wolnym. Wprawdzie i pociech nie brakło, gdyż biskup
pozwolił dwom zakonnikom przechowywać u siebie Najśw. Sakrament.
Korzystając z tej wyjątkowej łaski, chory choć bardzo osłabiony,
codziennie odprawiał Najśw. Ofiarę, stojąc zwykle na jednej nodze,
bo drugiej używać nie mógł. – „Jestem na dobre przykuty do. krzyża –
pisze 23 Czerwca – i przyznaję, żem z tego bardzo rad... Noga od
kolana do stopy pokryta otwartymi ranami... Miejscowość tu
prześliczna! Proszę sobie wystawić klimat cudowny, ogród nad
brzegiem morza, dolina ochroniona od wiatrów północnych przez
łańcuch gór w półkole, pokryta drzewami oliwnymi, pomarańczowymi i
migdałowymi. Dwie wspaniałe palmy wznoszą się u stóp samotnego domu,
który zamieszkuję. Możnaby myśleć, że się jest na Wschodzie. Niebo w
oddali lazurowej barwy, niczym się nie różni od lazurów wody, a w
falach kąpią się owe tak często śpiewane przez poetów „złote wyspy".
Chór niestrudzonych słowików napełnia powietrze dźwiękami, dzień i
noc pieszcząc ucho... A wśród tej cudnej natury, tuż, tuż przy mnie
maleńka kapliczka, a w tej kaplicy maleńkie tabernakulum, a w tym
tabernakulum... tak, Jezus, miłość nasza, zamknął się umyślnie dla
mnie na cały czas mojego pobytu w tej uroczej samotności. Jakżeż Mu
mam za tę łaskę dziękować!... Przy tym wszystkim jestem otoczony
najtroskliwszymi staraniami. Przyznajcie, że bez cudu mógłbym
powrócić do zdrowia! A jednak, ani kroku ku polepszeniu nie
zrobiłem! 1 lipca mam wyjechać... Wola Jezusowa jest rajem moim..."
Ciągle równo cierpiący O.
Augustyn opuścił Castelbelle po kilku tygodniach kuracji i pojechał
z rozkazu przełożonych do Bagnères, miejsca leczniczego w
Pirenejach. Tam odwiedził go wciągu Sierpnia prowincjał Zakonu, a
widząc, że ludzkie środki nie pomagają, polecił choremu odprawienie
nowenny do Matki Boskiej z la Salette. Ta nowenna sprowadziła
znaczne polepszenie i w dzień św. Augustyna mógł nasz rekonwalescent
odśpiewać sumę. Nazajutrz powracał do Carcassonne, ale tu znowu siły
go opuściły. Pogorszenia i polepszenia następowały w krótkich
odstępach i byłyby złamały mniejszą odwagę, ale O. Augustyn nie
skarżył się, chyba na to, że go zbyt troskliwie pielęgnują.
„Kochajmy Jezusa – mawiał – wszystko inne niczym jest!"
W ciągu października mógł
jednak pojechać do Montpellier przygotować nową fundację i do
Bagnères na założenie kamienia węgielnego pod kościół karmelicki.
Obiecał się także do Bordeaux z kazaniem w połowie Listopada, „nie
żeby moje zdrowie – pisze – było w świetnym stanie, ale może
wystarczę silami na jedno kazanie i granie raz na organach. Co do
tego ostatniego punktu, pragnąłbym, aby to było połączone z jakimś
celem dobroczynnym, inaczej już bowiem nie grywam".
Obietnicy dotrzymał, Bóg tylko
wie, kosztem jakich wysiłków, a z Bordeaux pojechał do Angers i
Tours w sprawie Adoracji nocnej. W Tours miał się spotkać z jednym z
najgorętszych czcicieli Najśw. Sakramentu, panem Dupont, znanym
powszechnie pod nazwą "świętego z Tours". Zaprowadził on był zaraz
po Hermanie Adorację nocną w swym mieście, a w olbrzymiej
korespondencji, rozchodzącej się niemal po całym świecie, polecał
usilnie to pobożne nabożeństwo. Jakże te dwie dusze zdolne były się
zrozumieć! tak O. Herman jak p. Dupont jeden tylko widzieli cel w
życiu: dać poznać i nauczyć kochać Jezusa ukrytego w Najśw.
Sakramencie. Oto jak sam p. Dupont opowiada pobyt O. Augustyna w
Tours: „Pan Bóg nie dał mi użyć dla mej osobistej przyjemności
obecności tego drogiego Ojca, jak to sobie obiecywałem; mogłem z nim
pogadać zaledwie w nocy, przez godzinę czy dwie, o sprawach
Adoracji. Rano odprawiał Mszę św. u Karmelitek, ja mu do niej
usługiwałem. Po Mszy św. zabrał go ks. biskup i zatrzymał aż do
chwili wyjazdu do Angers. Gdy stamtąd po dwóch dniach powrócił,
przyjąłem go na dworcu, ale nie byliśmy sami i rozmowa nie mogła być
poufna. Po Mszy św. przemówił z kazalnicy wobec duchowieństwa i
tłumów nagromadzonych; ogromne uczynił wrażenie, wiele księży
mówiło: to pierwsze dobre kazanie, jakie w życiu słyszałem!
Wieczorem o 9-tej przybył O. Augustyn do nas zebranych na adorację
nocną, wielu było członków obecnych, rozmowa była rzewna i słodka...
Koło północy przespał się Ojciec godzinkę na tapczanie, po czym
odprowadziliśmy go na kolej i opuścił nasze miasto... Trudno dać
pojęcie, ile ten krótki jego pobyt zrobił dobrego, jak poruszył
serca i zagrzał do służby Chrystusowej! oby stąd stałe pozostały
owoce. Co do mnie osobiście, łącznik świętej przyjaźni zjednoczył
nasze serca; odtąd wspólnie pracować będziemy na cześć i chwałę
Najśw. Sakramentu, a głównie przez rozszerzenie Adoracji nocnej".
Późną jesień i zimę spędził O.
Augustyn w swym klasztorze w Carcassonne, gdzie spoczynek i cisza
regularnego życia przywróciły mu nieco sił. Na kazania wielkopostu
zaproszony był do Pamiers, tam się więc udał z początkiem Marca i
pomimo, że ten wysiłek źle oddziaływał na jego zdrowie, kazał aż do
Świąt Wielkanocnych. 20 kwietnia spotykamy go w Lyonie, znowu z
kazaniem na cel dobroczynny, a 23 jedzie do Paryża, gdzie po raz
pierwszy pokazuje się w ubraniu mnicha i głosi słowo boże w jednym z
najznaczniejszych kościołów Paryża, św. Sulpicjusza. Rozgłos
nawrócenia Hermana, dawne życie znanego artysty, tłumy sprowadziło
do stóp kazalnicy. Sam widok dawnego ulubieńca stolicy, w surowym
zakonnym ubraniu, wywołał już w audytorium widoczne wzruszenie, ale
cóż powiedzieć o wrażeniu, jakie następne słowa zrobiły! „Najdrożsi
Bracia w Chrystusie! Moim pierwszym obowiązkiem, gdy wstępuję na tę
kazalnicę, jest uroczyste zadośćuczynienie za zgorszenia, jakie
dałem ongi temu miastu. Moglibyście bowiem mi powiedzieć: Jakim
prawem przychodzisz nas uczyć, wyjaśniać dogmaty wiary świętej,
wymawiać drogie nam imiona Jezusa i Maryi, ty, któryś je
tysiąckrotnie w oczach naszych znieważał, ty, któryś z grzesznikami
walał się w błocie grzechu i nieprawości? In peccatis natus es
totus et doces nos?
„Tak, Bracia moi! wyznaję, żem był
zgrzeszył przeciw Niebu i przeciwko wam, że zasłużyłem na waszą
wzgardę i odrzucenie...
Toteż gotów jestem w worze pokutnym
klęczeć u drzwi tego kościoła, błagając o wasze modlitwy... To też w
ubraniu pokutnym staję tu przed wami, z ogoloną głową i bosą stopą,
jako członek surowego Zakonu. „Bóg mi przebaczył, święta woda Chrztu
św.
popłynęła po moim czole... Maryja,
Matka moja mi przebaczyła, czy i wy, Bracia moi, nie zechcecie mi
przebaczyć?..."
Można się domyślić, jak to
rzewne wezwanie przyjętym było przez słuchaczy, a zwłaszcza przez
młodzież, która ledwie, że nie wybuchnęła głośnym wyrazem sympatii
dla mówcy. Posłuchajmy go dalej:
„Znałem świat, przebiegłem świat,
lubiłem świat, a jednak jednej rzeczy w świecie się nauczyłem, to,
że on szczęścia nie daje!...
„Szczęście!... wszak za nim zbiegałem
lądy i morza! Wszak go szukałem i pod ciepłem, rozkosznym niebem
południa, i na srebrzystych wodach jeziora, i na niebotycznych
szczytach gór Helwecji, i w najwspanialszych cudach natury: szukałem
szczęścia w wykwintnych salonach, w szumnych festynach, w
wzruszeniach gry, w upajających rozkoszach zmysłowych; szukałem go w
powodzeniu artysty, w śmiałych przygodach podróżnika, w obcowaniu z
ludźmi sławnymi, w sercu przyjaciela... ach Boże! gdzież ja złotego
snu szczęścia nie szukałem!... Ale czyż go znalazłem?...
„A wy Bracia, czy znaleźliście
szczęście?... Czy wam nic nie brakuje?... Ach! mnie się zdaje, że
tak nad tą wielką stolicą jak nad światem całym wznosi się jeden
wielki jęk, wyraz skargi i boleści tysięcy... Zdaje mi się, że i z
waszych piersi wyrywa się ten okrzyk cierpiącej ludzkości:
„szczęście, gdzież ty jesteś? gdzie cię mam szukać? gotów jestem
wszystko oddać byle cię znaleźć!..."
„ Jakżeż wytłumaczyć ten tajemniczy
zawód? wszakże człowiek stworzony jest do używania szczęścia?... Tak
Bracia moi, ale niestety! ludzie szukają je tam, gdzie go znaleźć
nie mogą!
„Otóż ja, ach słuchajcie! ja znalazłem
szczęście! znalazłem je w takiej obfitości, w takiej pełności, że z
Apostołem mogę zawołać: „Superabundo gaudio!" Moje serce objąć nie.
może ogromu radości i wesela, jakie je przepełnia, i oto w samotni
mojej uczułem potrzebę przyjść podzielić się z wami tym szczęściem,
zaprosić was, abyście zechcieli wziąć w nim udział..."
W dalszym ciągu mówca tłumaczył, na
czym zależy szczęście. Bóg jeden może zaspokoić pragnienia serca
człowieka, a Bóg ukazuje nam się w dziełach swoich, mianowicie w
cudownych sprawach Wcielenia i Odkupienia. Ten prawdziwie
nieszczęśliwy, kto w te tajemnice wierzyć nie chce, kto nie chce
ugiąć kolana przed Jezusem Chrystusem, kto gardzi zasłoną
eucharystyczną. W porywającym obrazie przedstawia własne wahania,
własne tułanie się po manowcach grzechu i zwątpienia i to światło
niebiańskie, które jak grom uderzywszy w jego serce odsłoniło źródło
prawdziwego szczęścia, usta jego spragnione napoiło potokiem
rozkoszy, zwiędniętą duszę orzeźwiło, ścieżkę równą i bezpieczną pod
nogami umocniło. Nie w czym innym te dobra znalazł jak w tajemnicy
Ołtarza; to też tymi słowy kończył O. Augustyn: –„Kochajmy Jezusa!
jedno tylko szczęście na ziemi: kochać Jezusa i być od niego
kochanym!"
Gdy kaznodzieja wychodził z
kościoła, szedł za nim młodzieniec wykwintnej postawy, widocznie
bardzo wzruszony. Był to Bernard Bauer, izraelita nawrócony przed
dwoma laty, artysta jak Herman, jak on łaską zwyciężony i w Karmelu
chcący szukać wyższej doskonałości; i O. Augustyn i jego przełożeni
z otwartymi rękami przyjęli konwertytę; niestety! łasce powołania
nie został wiernym aż do końca.
Miał jeszcze nasz gorliwy
zakonnik inną radość w Paryżu: patrzał na kwitnące i bujnie się
rozrastające Stowarzyszenie, które przed kilkoma laty był założył.
Pisze do swego przyjaciela: „Mieliśmy ogólne zebranie członków
męskich Adoracji nocnej, i to w tern samem miejscu, gdzieśmy się
zebrali po raz pierwszy 6 Grudnia 1848 r. Ks. de la Bouillerie
prezydował, zebranie było liczne; ja zdawałem sprawę z tego, co się
dzieje na prowincji (z pozakładanych już Stowarzyszeń). Wspomniałem
także o projekcie porozumienia się ściślejszego tak duchownych jak
świeckich w celu uczczenia Najśw. Sakramentu. Wszyscy, a zwłaszcza
prezydujący, z zapałem tę myśl przyjęli. Adoracja nocna odbywa się
po wszystkich parafiach Paryża, prawie bez przerwy".
Gdy tak dusza O. Augustyna w
pociechach znajdowała nagrodę pracy, ciało przeciążone trudami
domagało się gwałtownie wypoczynku; podróże, wzruszenia i umęczenia
wyczerpywały szybko siły gorliwego zakonnika. Wygłosiwszy słowo
boże: w Tuluzie, Pamiers, Lyonie, Bordeaux, Agen i innych miastach,
zmuszonym był u wód w Bagnères szukać koniecznego pokrzepienia.
Zobaczymy jednak, że i tam czasu nie tracił.

Klasztor w Bagnères
Zanim opowiemy dalsze
działanie O. Augustyna, wrócić się musimy nieco w tył, aby
wytłumaczyć nowe warunki, w jakich go widzimy w Bagnères.
Przełożona tamtejszych
Karmelitek, M. Maryja od Aniołów, pragnęła od dawna widzieć w Bem
miejscu klasztor Karmelitów bosych. Odkąd Zakon powstał na nowo na
francuskiej ziemi, tym więcej nalegała u prowincjała, znanego nam O.
Dominika, ale nie znajdowała posłuchu, gdyż fundacja w tym małym
miasteczku, zamieszkanym tylko przez lato mnóstwem napływowych
gości, przedstawiała wiele trudności, a mało na pozór korzyści. M.
Maryja od Aniołów nie zrażała się jednak i modliła się a podwajała
starań. Herman był jeszcze nowicjuszem, gdy już do niego pisała,
przedstawiając swe projekty; toteż gdy w r. 1853 doktorzy posłali go
do Bagnères, mogła czcigodna Przełożona Karmelitek uważać ten
przyjazd za zupełnie opatrznościowy. Rzeczywiście, samo ukazanie się
naszych dwóch zakonników (towarzyszem Augustyna był O. Ludwik od
Najśw. Serca) ujęło mieszkańców i utorowało drogę przyszłej
fundacji. Wszyscy w miasteczku podziwiali ich skupienie, uprzejmość,
życie ubogie i zaparcie się wszystkiego, co świat uwielbia.
Odwiedziwszy M. Maryję od
Aniołów, nabyli przekonania, że myśli jej i pragnienia od Boga
pochodzą. O. Augustyn zwłaszcza zapalił się nadzieją, iż tłumy,
które 3 zjeżdżają się do Bagnères szukać zdrowia ciała, znajdą w
kościele Karmelitów sposobność i zachętę, aby szukać zdrowia duszy,
często przez upadki swoje będącej przyczyną niemocy fizycznej.
Napisano tedy do O.
Prowincjała, aby zechciał osobiście przybyć do Bagnères i na miejscu
przekonać się o warunkach i potrzebie żądanego klasztoru. D. 14
Sierpnia przyjechał O. Dominik i po dwutygodniowym pobycie i
rozpatrzeniu się dokładnym, dał Matce Maryi od Aniołów obietnicę, iż
cel jej pragnień zostanie ziszczony i pozwolił na kupno gruntu. O.
Augustyn wyszukał odpowiednie miejsce, właściciel się zgadzał na
sprzedaż, kontrakt był zawarty, ale niestety, nie było ani
pieniędzy, ani poręczyciela! W tej chwili właśnie zjawia się w
klasztorze Karmelitek dawna znajoma przełożonej, Angielka, która
posłyszawszy o Hermanie, o jego nawróceniu i pobycie w Bagnères,
pragnie go poznać. W ciągu rozmowy – w rozmownicy klasztornej –
dowiaduje się z ust O. Augustyna o projektach fundacji i kłopotach
finansowych; natychmiast ofiaruje się zapłacić umówioną sumę 8.000
franków. Tak więc druga przeszkoda została usuniętą i za pozwoleniem
miasta i biskupa z Tarbes zaczęto budować.
Pełen radości O. Augustyn robi plan
kościoła, zwołuje robotników i zakłada kamień węgielny. Wprawdzie
kasa przyszłego klasztoru posiada tylko 2.000 franków, uzbierane
grosz po groszu przez zacną przełożoną! – Ale czyż Opatrzność boża
niema skarbów nieprzebranych? Czyż kiedy zawiodła pokładających w
nią ufność? To też, gdy po założeniu fundamentów O. prowincjał
rozkazał zawiesić dalsze prace z powodu braku funduszów do
wypłacenia robotników, była to wielka próba dla O. Augustyna, ale
nie zwątpił, rąk nie opuścił.
Tegoż dnia, gdy przyszedł
rozkaz prowincjała, wieczorem przyjechała do Karmelitek młoda
postulantka z Marsylii. Bardzo wątle zdrowie utrudniało przyjęcie i
wahano się z otworzeniem kraty... Łzy jednak i gorące prośby
panienki zdecydowały przełożoną do przyjęcia jej przynajmniej
tytułem tymczasowej próby. Wchodząc, złożyła sumę 2.000 franków, a
dowiedziawszy się o budowie kościoła Karmelitów, wyraziła życzenie,
aby tę kwotę na tenże cel obrócono. Tak to na razie ulżył p. Bóg
Ojcu Augustynowi w jego kłopotach; zrobił jednak i więcej, gdyż owa
postulantka, której zdrowie znacznie się poprawiło, oblekając habit
św. Teresy, przeznaczyła część znacznego majątku na budowę kościoła
Karmelitów w Bagnères.
Bóg błogosławił widocznie
rozrostowi Zakonu. Dnia 29 Czerwca 1854 r. pisał O. Augustyn:
„Sukienkę Najświętszej Panny widzę wszędzie przyjmowaną nie tylko z
życzliwością, ale z zapałem... Gdym wstępował do Karmelu, było tylko
na ziemi francuskiej sześciu zakonników naszej reguły; obecnie jest
ich czterdziestu, a z Hiszpanami, którzy się do nas schronili,
przeszło stu. Zastałem dwa klasztory i dwie filie; teraz przybyły
znaczne fundacje w Carcassone, Montpellier, Pamiers, budujemy
kościół w Bagnères, kupujemy dużą posiadłość w Tuluzie, to samo w
Paryżu i w Bordeaux".
W opisie tego powodzenia swego
Zakonu, O. Augustyn tylko o jednym zapomina, to jest o własnym
udziale w rozkwicie Karmelu. A jednak między okolicznościami, jakimi
się P. Bóg w tej sprawie posłużył może najważniejszą było nawrócenie
Hermana i wstąpienie jego do Karmelitów. Urok jego osoby, rozgłos
nawrócenia, ukazanie się i porywająca wymowa w głównych miastach
Francji, ściągały i licznych nowicjuszów i znaczne jałmużny, bez
których nie można by było myśleć o tylu fundacjach. Przy tym
niesłychana gorliwość O. Augustyna nie cofała się przed żadną pracą,
żadnym poświęceniem i przed żadną odpowiedzialnością, gdy chodziło o
chwałę bożą przez rozszerzenie swego Zakonu. To też do końca
pracowitego żywota widzieć będziemy tego niestrudzonego sługę Jezusa
i Maryi przy kolebce każdego nowego domu, ciągle w trudach i pracy,
a zawsze zwycięzcą w walce. W ciągłych kłopotach pieniężnych, obrał
był sobie św. Józefa za podskarbiego w niebie i udawał się do niego
z tą niezłomną ufnością, że Ten, który wyżywił za życia Boską
Dziecinę, i z wysokości Nieba czuwa nad bytem doczesnym sług
Chrystusowych.
W lipcu tedy 1854 r.
widzieliśmy O. Augustyna, po licznych apostolskich wędrówkach,
zjeżdżającego powtórnie do Bagnères, rzekomo dla wypoczynku, ale w
gruncie do dalszej pracy. Umieścił się wraz z kilkoma zakonnikami w
domku najętym tymczasowo przez M. Maryję od Aniołów, skąd doglądał
fabryki a przy tym trudnił się duchownym kierunkiem Karmelitek. 20
lipca wielka klęska nawiedziła miasto i okolice, silne trzęsienie
ziemi dało się czuć przez trzy dni, zniszczyło mnóstwo zabudowań,
wyludniło Bagnères, skąd kurujący się przybysze pouciekali, a
mieszkańcy w panicznym strachu chronili się do kościołów lub
uciekali na gołe pole. O. Augustyn wraz z towarzyszem przepędziwszy
noce na spowiadaniu Karmelitek i zbiegających się wiernych, przez
dzień roznosili słowa pociechy i uspokojenia tłumom, przerażonym w
najwyższym stopniu i koczującym gromadami pod sklepieniem niebios.
Przez długi czas zachowano w Bagnères pamięć miłosierdzia i
poświęcenia obu zakonników w tych czasach grozy.
W tym samym roku, lecz nieco
później, królowa Krystyna uciekając z Hiszpanii, gdzie imię jej
zaczęło być w nienawiści z powodu krwawych prześladowań przez jej
rząd wznieconych, zatrzymała się w Bagnères. Kapelan jej, godnością
arcybiskupią zaszczycony tu ciężko zachorował i do spowiedzi wezwał
O. Augustyna. Ten, choć pracą obarczony, codziennie odwiedzał
chorego dostojnika, oddając mu duchowe i materialne przysługi,
jakich tylko mógł zapotrzebować. Po jego śmierci zajął się
odpowiednim pogrzebem, a te okoliczności zbliżyły go do królowej
Krystyny i dały sposobność przyjść z duchową pomocą tej możnej
niegdyś władczyni, obecnie tak nieszczęśliwej.
Przez trzy lata trwającej
budowy kościoła i klasztoru w Bagnères O. Augustyn tu głównie
przebywał. Nie porzucił jednak prac apostolskich i to w jedno, to w
drugie miasto Francji południowej, raz po raz kierował swe kroki.
Byt upragnionym i powoływanym, nawet po za granicami Francji. Dnia 3
Lutego 1855 r. pisze: "Skończyłem właśnie przesłodkie rekolekcje
ośmiodniowe. Wychodząc z nich otrzymałem rozkaz od O. Jenerała, aby
udać się do niego do Belgii, gdzie przez kilka tygodni mam głosić
słowo boże. Niech żyje posłuszeństwo! jutro wyjeżdżam, choć doprawdy
nie spodziewałem się tego skoku. Kto wie, co tam P. Jezus gotuje?
Przejadę przez Paryż, gdzie się dwa dni zatrzymam, tam także
wracając będę miał kazanie w kościele św. Magdaleny, jako i w
Wersalu i w Orleanie, tu wrócę przypuszczam koło 15 marca".
Ta podróż do Belgii była dla
O. Augustyna źródłem wielkich pociech. „Wszędzie mówiłem o
Eucharystii – pisze do przyjaciela – i wszędzie byłem rozumiany. Mam
tam powrócić na rok przyszły, przemawiać przy poświęceniu kościoła,
który się buduje na miejscu tym samym, gdzie przed pięciuset laty
żydzi sztyletami przebijali Hostie poświęcone i widzieli z nich krew
płynącą. Te Hostie znajdują się jeszcze w katedrze Brukselskiej. W
Liège odprawiałem Mszę św. w miejscu, gdzie św. Julianna otrzymała
od p. Jezusa rozkaz proszenia o ustanowienie święta Bożego Ciała".
W tym czasie Bóg dał słudze
swemu dwie wielkie pociechy; przyjaciel jego, hr. de Cuers wstąpił
do stanu duchownego,
a dawny spowiednik ks. de la Bouillerie został mianowany biskupem w
Carcassone, co mu dało większe pole do rozszerzania umiłowanych
przez siebie dzieł eucharystycznych. W maju tedy 1855 r. O. Augustyn
przyjeżdża do Paryża na konsekrację biskupa przyjaciela i opisuje tę
ceremonię jako jedną z najokazalszych, przy której był obecnym.
Przed wyjazdem z Paryża zebrał jeszcze raz dawny prezes Adoracji
nocnej członków tego Stowarzyszenia i ustalił przez ześrodkowanie
organizacji jego przyszłe losy.
W czerwcu odnajdujemy
niestrudzonego naszego zakonnika w Saintes. Stamtąd pisze w dzień
Bożego Ciała: Modlę się tu gorąco za ciebie i za nasze
Stowarzyszenia. Topnieję jak świeca przed Najśw. Sakramentem.
Niestety! ta świeca niedobra, niepachnąca, swądzi i dymi!... Dziś
odprawiłem Mszę św. przy ołtarzu, przed którym seraficzna dziewica
Maryja-Eustella płonęła przez 16 lat nieopisanym ogniem miłości
bożej. Ach! niechże już powstanie i podbije serca ludzkie to wojsko
dusz miłujących Najśw. Sakrament!... Niech Maryja Niepokalana,
najdoskonalsza czcicielka Jezusa będzie jego wodzem. Co do mnie,
choć tak nędzny, ofiarowuję chętnie swe życie dla chwały tej Boskiej
Tajemnicy!..."
W czerwcu przybył O. Augustyn
na kilka dni do Broussey, na uroczystość profesji owego młodego
artysty, którego rok przedtem zdobył był dla Zakonu kazaniem u św.
Sulpicjusza w Paryżu. Podobieństwo własnych losów z losami młodego
Bernarda, radość i wzruszenie w tej pięknej i uroczystej chwili
składania ślubów przez dawnego towarzysza niewoli u świata, a
obecnie towarzysza szczęścia w Zakonie, natchnęły O. Augustyna
zapałem i wymową tak prawdziwą, tak poruszającą, iż słuchacze
twierdzili, że może nigdy nie wzniósł się wyżej! Zakończenie tego
pięknego dnia warte osobnej wzmianki. O zmierzchu trzech mnichów w
białych płaszczach, z wyrazem skupienia ale z radością w oku,
wychodziło szybkim krokiem z klasztoru. Był to O. Ludwik, mistrz
nowicjuszów, nowy profes i O. Augustyn. Szli noc spędzić u stóp
ołtarza Maryi, w obecności więźnia miłości ukrytego w starodawnej
kapliczce w Verdelais, od XII wieku ukochanej przez wiernych tego
kraju. Północ już biła, gdy stanęli pielgrzymi u wrót kapliczki i
wystarawszy się o klucze, padli na kolana przed ołtarzem wśród
grobowej ciszy zalegającej dokoła, pod migocącym światłem lampki
świecącej przed Tabernakulum. Bóg, który jeden zna tajemnice serc,
wie tylko, co w duszy trzech zakonników działo się w czasie prędko
mijających godzin adoracji... Miłość pragnie cierpienia. Może rano
zakrystian znalazł krwawe ślady pokuty na posadzce kościelnej... Bóg
rachował i łzy miłości i krople krwi pokutnej.
Z Broussey pojechał O.
Augustyn do Carcassonne, i tam założył Adorację nocną. Biskup był
obecny na pierwszym posiedzeniu, pobłogosławił zebranym członkom i
zachęcił do czci i miłości Najśw. Sakramentu.
W grudniu widzimy go znowu w
Lyonie, gdzie miewa adwentowe kazania. Post zaś następny poświęca
miastu Bordeaux i wraz z swymi braćmi zakonnymi daje misję, która
przedziwne przynosi skutki. Do komunii generalnej przystępuje 5.000
osób z różnych warstw społeczeństwa, a podczas konkluzji O. Herman
gra na organach i dodaje blasku i świetności tej rzewnej
uroczystości. Znajomością niemal wszystkich języków europejskich
przysłużył się niemało w czasie tej misji, słuchając spowiedzi
wszystkich cudzoziemców. Ale gorliwość jego po czterdziestu dniach
niezmiernej pracy nie była wyczerpaną! 23 Lutego opuszcza Bordeaux,
25 ma w Paryżu kazanie na cel dobroczynny, 26 zaś już jest z
powrotem w Bordeaux i zgromadza w koło swej kazalnicy samych
robotników, których nawraca, oświeca, a wielu na łono Kościoła
przyjmuje. Dziwnie bo Bóg słowom jego błogosławi: w czasie tego
Wielkiego Postu ochrzcił pięciu żydów, przyjął wyrzeczenie się
błędów kacerskich kilku lutrów i pobłogosławił kilkanaście małżeństw
cywilnych.
Po tylu pracach zdawał się
wypoczynek wielce potrzebnym strudzonemu misjonarzowi. Odpoczął od
jednej pracy przy drugiej, oddając się z zapałem wykończeniu
kościoła w Bagnères: „Cały – pisze – zatopiony jestem w wapnie,
piasku, cemencie; mam nadzieję, że w Sierpniu ukończymy budowę".
Pilno mu było umieścić w nowym przybytku Umiłowanego swego!
W zapowiedzianym czasie roboty
były ukończone. Dnia 2 września biskup z Tarbes konsekrował nowy
kościół przy wielkim udziale duchowieństwa i wiernych. Po
poświęceniu ołtarza, udano się procesjonalnie do kaplicy Karmelitek
po, Najśw. Sakrament, a ulice strojne były w kwiaty i materie
jedwabne, jak w dzień Bożego Ciała Kościół ozdobiony był pędzlem i
dłutem najlepszych artystów i radość tego, który go z taką miłością
budował i przyozdabiał, była zupełną.
Prowincjał pozostawił O.
Ludwika od Wniebowzięcia do zarządu nowej rezydencji, a wziął ze
sobą O. Augustyna, by mu powierzyć inne prace.

Święta Pustynia
Zakon Karmelitów bosych,
zreformowanych przez św. Teresę, dzieli się na trzy gałęzie:
zakonnicy wyjeżdżający na misje zagraniczne; zakonnicy łączący życie
czynne z życiem kontemplacyjnym i zakonnicy, którzy z dala od
świata, na tak zwanych „pustyniach" prowadzą życie pustelnicze.
Te same Reguły, te same
Konstytucje posiadają wszystkie trzy gałęzie; tych samych mają
przełożonych i tworzą jedną rodzinę; ale pustelnicy mają jeszcze
swoje dodatkowe przepisy. Podczas gdy zakonnicy, czynnemu życiu
oddani, walczą dla sprawy bożej, trudzą się i potem swoim użyźniają
niwę pańską, ich bracia pustelnicy wznoszą jak Mojżesz ręce ku
Niebu, ściągając łaski i błogosławieństwa boże na Kościół wojujący.
Pomoc udzielana duszom przez modlitwę i pokutę, oto cel pustelników
Karmelu.
Święte Pustynie przechowują i
przekazują z pokolenia do pokolenia właściwego ducha Zakonu, ducha i
sposób życia Eliasza i Elizeusza. Tam panuje ciągle milczenie,
modlitwa, praca ręczna; tam zakonnicy zestarzali w boju mogą znaleźć
na schyłku dni swoich samotnię, gdzie się łatwiej przygotują na
przejście z czasu do wieczności; tam i młodzi pracownicy mogą od
czasu do czasu przyjść nabrać sił i odwagi do dalszej walki,
spędzając rok lub więcej w skupieniu i zupełnym odosobnieniu od
świata. W koło Świętej Pustyni bowiem zamierają wszelkie odgłosy
ziemi i nic duszy nie przeszkadza do łączenia się z Bogiem. Oprócz
klasztoru, gdzie wieczne milczenie panuje, są jeszcze w ogrodzie i w
lesie sąsiednim małe pustelnie, zamieszkane w pewnych porach roku
przez pojedynczych zakonników, którzy tylko W Niedziele łączą się z
braćmi dla śpiewania wspólnie chwały bożej.
Potrzebę takiej „pustyni",
wyraźnie przez Konstytucję przepisanej, poczęła odczuwać prowincja
Karmelu we Francji; rozgałęzienie było dość znaczne, praca dość
ciężka, aby obudzić w zakonnikach pragnienie wytchnienia i
wzmocnienia w ściślejszym stosunku z Bogiem. Któż zaś bardziej tego
łaknął jak O. Augustyn! Jego dusza tak dziwnie rozumiejąca tajemnice
Ołtarza, tak słodko zatapiająca się w "długich modlitwach, wzdychała
do samotności, rwała się do tej ciszy, w której czuła
urzeczywistnienie tego hasła: Bóg sam! Tymczasem, zdawało się,
Opatrzność inne mu wytknęła drogi; przełożeni, potrzeby kraju,
życzliwość najróżnorodniejszych warstw społeczeństwa pchały go do
czynnej pracy, do walki ze światem i duchem ciemności na otwartym
polu, jednym słowem do wyrzeczenia się pragnień i pociągów własnych.
Bóg jednak, odmawiając słudze
swemu możności zamknięcia się na zawsze w Świętej Pustyni, dał mu tę
pociechę, iż się przyczynił znacznie do założenia jej na ziemi
francuskiej. Zobaczymy w dalszym ciągu tego opowiadania, ile pracy i
starań ta fundacja go kosztowała; zapisał jej także część majątku,
przypadającą na niego po rodzicach.
Przypomina sobie czytelnik ową
postulantkę słabego zdrowia, która wszedłszy do Karmelu w Bagnères,
przyczyniła się znacznie do wzniesienia kościoła i domu Karmelitów w
tym mieście. Tej samej osoby użyła Opatrzność przy początkach
Świętej Pustyni.
Dowiedziawszy się o projekcie założenia
takowej, Siostra Teresa od Najśw. Sakramentu – takie bowiem imię
dostała w Zakonie – dała sumę potrzebną do zakupienia gruntu. Była
wówczas do sprzedania posiadłość pod miasteczkiem Tarasteks o milę
drogi od Lourdes. Za czynną i gorliwą pomocą proboszcza z Tarasteks
O. Augustyn nabył tę posiadłość w imieniu Zakonu dnia 18 Grudnia
1856 r. Wchodząc w posiadanie gruntu, kazał natychmiast postawić
trzy krzyże na najwyższym pagórku, które dotąd, z daleka widzialne,
oznajmują podróżnemu, że przechodzi koło świętego zacisza
pustelników Karmelu.
Odtąd O. Augustyn będzie
dzielił swój czas pomiędzy pracą kaznodziejską a nową fundacja. Po
kazaniach pasyjnych w Lyonie, w wielkim poście 1857 r. zamieszkał u
proboszcza w Tarasteks, aby kierować budową. Ten zacny kapłan daje
nam kilka bliższych szczegółów pobytu świętobliwego zakonnika w jego
domu.
"O. Augustyn – pisze on –
przyjechał tak wycieńczony pracą, podróżami i umartwieniem, iż mu
przełożeni kazali przez jakiś czas jeść z mięsem i w ogóle sfolgować
z ostrości reguły. Tak też było przez trzy pierwsze dni tygodnia. We
czwartek mówi mi Ojciec: „Mój księże proboszczu, tak mi dogadzałeś,
że już czuję się lepiej i jutro będę mógł pościć!" Pościł więc i w
piątek i w sobotę; po czym rzecze: „Post mi nie zaszkodził; więc,
jeżeli pozwolisz, będę dalej obywać się bez mięsa!" I powrócił tak w
jedzeniu, jak w czym innym do całej surowości reguły. Dałem mu łóżko
trochę wygodniejsze, jak dla chorego należało, ale po tygodniu
prosił o zawołanie stolarza i proste deski zbić kazał, na których
się kładł, nie przyjmując nawet twardego wezgłowia. Gdyby to mogły
mówić ściany jego pokoju, ileż by mogły opowiadać o umartwieniach i
srogich pokutach tego świętego zakonnika! Przed niczym się nie
cofał, nic mu nie było za trudno; dzień w dzień pod skwarem
południowego słońca, w grubym habicie cały potem zlany, pracował
przy budowie, sam nakreślając fundamenta.
„Razu pewnego, gdy
wyczerpaliśmy wszystkie fundusze i uprząż trzeba było sprzedać, aby
zapłacić robotników, zawołał mnie O. Augustyn do kościoła: „Trzeba
zapukać do serca Jezusowego – rzekł – jestem pewien, że P. Bóg nas
wysłucha, zacznijmy nowennę!"
„Poszliśmy razem; po serdecznej
modlitwie wyszedłem z kościoła, ale O. Augustyn pozostał jeszcze
przeszło godzinę. I tak co dzień o tym samym czasie przedstawialiśmy
naszą potrzebę P. Jezusowi. Niedługo czekaliśmy na wysłuchanie; już
czwartego dnia oddano nam z poczty 2.000 franków od osoby, na którą
wcale nie rachowaliśmy." Innym razem to samo zdarzenie miało
miejsce; odprawiliśmy nowennę do św. Józefa i przed końcem tejże
hojny datek wpływał do naszej kasy".
Widzimy więc z opowiadania ks.
proboszcza, że nie brakło trudności w początkach fundacji w
Tarasteks, jak ich nie brakuje nigdy przy bożych dziełach. Długo
walczono z tymi trudnościami; powoli cegiełka za cegiełką wznosił
się nowy klasztor. Zanim stanął, wybudowano mały tymczasowy domek
dla zakonników i w dzień św. Piotra 1859 r. dwóch Ojców w nim
zamieszkało. O. Augustyna wówczas posłano na inne pole pracy, ale
odnajdziemy go w Tarasteks w r. 1868.
Zanim ten zaciszny kącik ziemi
opuścimy, opiszmy w kilku rysach Świętą Pustynię, tak jak ją
Konstytucje Karmelitańskie chcą mieć i jakiej typ doskonały widzieć
można w „Monte Virgineo" pod Rzymem, na wzór której budowany
klasztor w Tarasteks. Na najwyższym wzgórzu, zamkniętym w obrębie
pustelni, wznosi się wielki czworobok, którego zewnętrzną stronę
zajmują cele zakonników, wewnątrz zaś jest podwórze, w koło którego
biegną obszerne, sklepione krużganki. Widok z okien jest ze
wszystkich stron najpiękniejszy, jakiego oko zapragnąć może. Na
północ dolina żyzna, bogata, podobniejsza do wspaniałego ogrodu,
aniżeli do pól i lasów. Na południe niebotyczne Pireneje rozciągają
swój łańcuch, na tle niebieskiego nieba rysują swe poważne kontury i
duszę napełniają wrażeniami wszechmocy Stwórcy. Na wschód z całkiem
innym spotykasz się obrazem: niemal przed samymi oknami wznosi się
góra, pokryta ciemnym lasem i jasną paprocią; ta mała rozmaitość w
widoku – nic pustelnikowi nie przeszkadza w samotnych rozmyślaniach.
Mieszkanie każdego zakonnika
składa się z czterech celek; te wraz z podwórkiem, gdzie kamienne
schody łączące dół z pierwszym piętrem, i z ogródkiem przed oknami
tworzą cały jego światek. Ogródek uprawiany własną ręką pustelnika;
tu spędza samotne rekreacje, tu odpoczywa po pracy ręcznej lub z
Bogiem rozmawia, czytając z otwartej księgi natury. Tu wśród ciszy
zupełnej umysł z łatwością wznosi się do rzeczy niebieskich a pyłki
tej ziemi malują i nikną sprzed oczu.
Czwartą stronę czworoboku
zajmuje kaplica z zakrystią po jednej, a kapitularzem po drugiej
stronie. Całość tego gmachu wspaniałe robi wrażenie, a brak
wszelkiej ornamentacji nie tylko piękności nie psuje, ale owszem
podnosi ogólną harmonię; surowość linii budowy, piękność okolicy,
cisza i spokój, wszystko się zlewa na wrażenie jakiegoś majestatu i
świętej grozy; usta milkną a Świętej Pustyni nie można czy witać czy
żegnać inaczej jak z uszanowaniem.

Rodzina Ojca Augustyna
Pośród prac apostolskich O.
Augustyna, pośród trudów nowych fundacji i znojów kaznodziejstwa,
Bóg udzielaj od czasu do czasu słudze swemu chwile wielkiej radości
i słodkiej pociechy, które go krzepiły na dalszą drogę i dalsze
prace. Taką błogą chwilą był między innymi dzień 14 Października
1856 r., gdy O. Augustyn udzielił Sakramentu Chrztu św.
siostrzeńcowi swemu, jedenastoletniemu Jerzemu R. A chociaż po tym
błysku szczęścia niebo się zachmurzyło i ciężkie miesiące smutku
nastąpiły dla O. Augustyna i najbliższej jego rodziny, jednak wśród
tych trosk uwydatniła się jeszcze lepiej potęga łaski, która słabe
serca i matki i dziecka uzbroiła w niezłomną siłę i wyprowadziła
zwycięsko z walki. Rzewną opowieść nawrócenia tego chłopczyny
zamieścimy tu we własnych słowach O. Augustyna, opowiedział ją
bowiem sam w następujących okolicznościach. W czasie Adwentu 1857 r.
w Lyonie uproszono go o kazanie na zebranie dzieci Stowarzyszenia
Świętego Dziecięctwa, wyrażając przy tym życzenie, aby opowiedział
historię jakiego nawrócenia. Oprócz dzieci zebranych, słuchaczy były
tłumy, a sam biskup-kardynał miasta przewodniczył zebraniu. O.
Augustyn przemówił w tych słowach:
„Moje drogie dzieci. Dobiega już sześć
lat, jak siedmioletnie dziecko, mały Jerzy, odwiedził mnie wraz z
rodzicami, tak jak on Izraelitami, w klasztorze karmelitańskim w
Agen. Był to czas Bożego Ciała i uroczyste procesje odbywały się u
nas jak i wszędzie. Dziecko, o którym mówię, było wychowane w
nienawiści wiary chrześcijańskiej, ale łaska spływając obficie z tej
monstrancji, gdzie Jezus dla naszego szczęścia raczy się ukrywać,
uderzyła w młode serce dziwnie silnie i dziwnie skutecznie tak, że
Jerzy uwierzył w obecność Boga w Hostii utajonego, zanim poznał
jakikolwiek dogmat świętej naszej wiary. Widząc jak inne dzieci
rzucają kwiatki przed Najśw. Sakramentem, jął usilnie matkę prosić,
aby i jemu pozwoliła ubrać się w sutannę i komeżkę i uczestniczyć w
precesji; Matka uległa prośbom dziecka, a gdy po uroczystym
nabożeństwie wracali do domu, Jerzy pełen radości biegnie do ojca
swego i woła: „Czy ojciec wie, jakie mnie szczęście dziś spotkało!
rzucałem kwiatki przed Panem Bogiem!..." W ustach tego dziecka, toć
już było wyznanie wiary! Toteż ojciec jego bojąc się, aby nie
wpływano w jakikolwiek sposób na przekonania jedynaka, na którym
spoczywały wszystkie jego nadzieje, postanowił jak najprędzej zabrać
go na powrót do Paryża, gdzie mieszkali, i przyspieszył termin
wyjazdu. Zanim jednak ta chwila nadeszła, zwycięski pocisk łaski
uderzył i w serce młodej matki; wyrzekła się błędów judaizmu, wśród
tajemnicy ciszy nocnej przyjęła Sakrament Chrztu i Chleb anielski z
rąk kapłańskich własnego brata i, gdy ruszono w drogę do Paryża,
rodzina ta nie domyślała się, że ma w swym łonie chrześcijankę.
„Mały Jerzy jednak nie zapominał
wrażeń, odebranych w czasie procesji Bożego Ciała. Często o nich
mówił swej matce i wypytywał o różne tajemnice wiary katolickiej...
Matka szczęśliwa, iż widziała w duszy dziecka zarodek zbawczych
uczuć, odpowiadała chętnie na jego pytania i rozwijała w nim
znajomość Boga miłości, Chrystusa, który z córki Izraela narodzić
się raczył, aby nawrócić zbłąkane owieczki narodu wybranego.
„Od chwili, gdy z Hostii
przenajświętszej strzała padła w to młode serce, można powiedzieć,
iż je przeszyła na wskroś, a rana nigdy zagoić się nie miała.
Wieczorem, gdy ojciec zasnął, Jerzy wstawał i modlił się przy swym
łóżeczku lub uczył się katechizmu. Czasami westchnienie wyrywało się
z jego piersi: „O mój Boże! kiedyż się mój post skończy! kiedyż będę
cię mógł przyjąć i przycisnąć do serca!" Dziwiła go bardzo i
zaciekawiała zmiana, jaką uważał w matce od czasu ostatniej podróży:
inne teraz miała zwyczaje, spoważniała, wiele rzeczy sobie
odmawiała. Wreszcie dziecko wytrzymać dłużej nie mogło: „Mamo!
przysięgnij mi – zawołał – że nie jesteś ochrzczoną, inaczej będę
tak myślał". Zmieszała się matka i nie wiedziała, co odpowiedzieć. A
Jerzy dalej mówił: „Ach! widzę mamo, żeś już chrześcijanką! mam
nadzieję, że i mnie uczyni P. Jezus niedługo tę samą łaskę! Ale czy
przynajmniej poczekałaś na mnie z pierwszą Komunią?" Młoda kobieta w
nieopisanym uczuciu wzruszenia i radości odważyła się powiedzieć
dziecku, iż codziennie prawie żywiła się Chlebem Anielskim...
Chłopczyna łzami wybuchnął: „O czemuś, czemuś na mnie nie
poczekała!... przynajmniej pozwól mi, mamo, przytulić się do ciebie,
gdy P. Jezusa masz w sercu! Mamo! obiecaj mi, że po przyszłej
Komunii św. przyniesiesz i mnie cząsteczkę... czyż matka nie dzieli
się wszystkim z dzieckiem swoim!..." I całował z uszanowaniem jej
suknię, w bliskości serca, gdzie codziennie spoczywał Jezus...
„Moje drogie dzieci! to pragnienie, to
rwanie się dziecinnego serduszka do wiary, do Chrztu, do Komunii św.
trwało całe cztery lata!... Nie zdołam wam opowiedzieć, ile przez
ten czas ofiar poniósł biedny Jerzy, ile walk, ile bólu wycierpiał,
aby pogodzić uszanowanie winne ojcu, z potrzebami nowej a żywej
wiary. Było to rodzajem męczeństwa, męczeństwo miłości ku boskiej
Eucharystii!...
„A wy, moje dzieci, które darów religii
katolickiej tak łatwo i tak obficie używacie, możeście nigdy nie
pomyślały, co to za szczęście urodzić się na łonie rodziny
chrześcijańskiej, być zaraz przyjętym do Kościoła, wychować się w
wierze... Możeście nigdy Bogu nie dziękowały za te łaski i niepojęte
dobrodziejstwa, które zbierałyście na drodze życia waszego bez
żadnych przeszkód ani trudności!... Patrzcie na to biedne dziecko
żydowskie... Jedenaście lat ma Jerzy, gdy po raz pierwszy obecny
jest w kościele parafialnym, pierwszej Komunii dziatek tej dzielnicy
miasta. On zna Jezusa, on kocha Jezusa, jego serduszko rwie się do
Jezusa; widzi, jak mali towarzysze zabaw i nauki śmiało i z radością
idą do Stołu Pańskiego, a on musi się kryć i w ciemnym zakątku
kościoła, Izami zalany, z zazdrością patrzy na szczęście tych
dzieci... Wyście nigdy nie zaznały tych piekących łez zazdrości! wam
nikt nie przeszkadzał modlić się, nikt nie odmawiał Jezusa!... Tej
męki bezsilnego pragnienia wy nie znacie! O drogie dzieci! umiejcie
cenić łaski, które szczodrze i obficie Bóg na was zlewa! Biada tym,
którzy je lekceważą! trzykroć biada tym, którzy są niewdzięczni, lub
tymi łaskami gardzą!...
„W kilka miesięcy po tej uroczystości,
której był Jerzy obecnym, matka jego napisała do mnie, iż dłużej nie
może się już opierać prośbom dziecka; że Jerzy oświadczył, iż
pierwszego księdza, którego spotka na ulicy, prosić będzie o
Chrzest. Decyzja była trudna, gdyż trzeba było iść przeciwko woli
ojca, który całą swą powagą i prawami głowy rodziny sprzeciwia się
zmianie religii syna. Prawa boże jednak przeważyły i ułożony został
mój przyjazd do Paryża pod osłoną tajemnicy. O gdybyście byli
widzieli tę rozpromienioną dziecinną twarzyczkę, gdy wchodził do
kaplicy, gdzie pęta jego skruszone być miały na zawsze! Matka drżała
z obawy, ale Jerzy był spokojny, niezłomny w swym postanowieniu,
gotów – rzekłbyś – wobec całego świata wyznać swą wiarę!
„Czego żądasz, moje dziecko?" pytam go.
„Chrztu św."
„Ale czy wiesz, że jutro, pojutrze
może, każą ci iść do synagogi, brać udział w nabożeństwie dla
katolików zakazanym?"
„Ja się wyparłem błędów judaizmu!"
„Ale gdyby cię chciano zmusić do
podeptania krzyża, przez nienawiść dla naszej świętej wiary?"
„Raczej bym umarł! Gdyby jednak mi ręce
i nogi związano, gdyby mnie zaniesiono do synagogi i postawiono na
wizerunku Ukrzyżowanego, czy by to była apostazja, jeślibym się na
to nie zgodził?"
„Nie, dziecko drogie, bez wolnej woli
nie ma grzechu!"
„Więc proszę, błagam o Chrzest św.!"
„Wśród uroczystej ciszy i głębokiego
wzruszenia obecnych odprawiłem święte obrządki naszej wiary.
Najprzód dziecko ochrzciłem, potem rozpocząłem Mszę św. Po Komunii,
gdy sam już do serca przepełnionego wdzięcznością przyjąłem Boga
mojego, odwróciłem się trzymając w rękach Hostię św., cel pragnień i
najwyższego pożądania tego szczęśliwego dziecka. Nie mogę wam
opisać, jaki się widok przedstawił garstce wiernych, zebranych w
koło ołtarza; Jerzy klęczał między matką swoją a matką chrzestną,
podniósł rozognione niebiańskim szczęściem oblicze i przyjął do
serca to słodkie Dziecię Jezus, które go od tak dawna wabiło boskimi
wdziękami. Nic nie zamąciło jego radości, nic nie przeszkodziło
uniesieniom miłości czystego serca.
„W kilka tygodni potem Jerzy jeszcze
przystąpił do Komunii św. w dzień Wszystkich. Świętych. Nazajutrz
wybiła godzina próby. Ojciec go zawołał, rozłożył przed nim księgę i
rzekł: „Zmówmy razem pacierz".
„Ojcze, ja nie mogę modlić się z tej
książki!"
„Dlaczego?"
„Bo jestem chrześcijaninem-katolikiem!"
„Moje dziecko, to żart okrutny, to nie
może być prawdą! Zresztą wiesz, że twój chrzest byłby nieważnym bez
zezwolenia ojcowskiego!"
„Owszem, ojcze! W naszej świętej
religii wystarcza, aby przyjść do rozumu, mieć wiarę i odpowiednie
wykształcenie, aby ważny chrzest otrzymać!"
„Na razie ojciec ukrył swój straszny
gniew, ale w kilka dni potem uwoził potajemnie syna i umieścił w
zakładzie protestanckim o 225 mil od Paryża, gdzie pozostała
nieszczęsna matka. Wszystkie usiłowania, ażeby się dowiedzieć, gdzie
dziecko ukryte, były daremne; policja wszystkich państw sąsiednich
została poruszoną, ale na próżno, gdyż dziecko było zapisane w
zakładzie pod obcym nazwiskiem i pilnie strzeżone. I biedna matka
samą była... a dziecko jak Daniel w lwiej jamie znosiło
prześladowanie okrutnych swoich zwierzchników i broniło się samo.
Kiedy widziano, że gorące łzy wylewa, tęskniąc za matką, mówiono mu:
„Gdy się wiary wyrzekniesz, oddany jej
będziesz!"
„O nie! – wołał – jestem
chrześcijaninem-katolikiem i wolę wszystko wycierpieć raczej niż
wiarę porzucić!"
Pomimo tej heroicznej
wytrwałości dziecka pisano do matki, iż syn jej wyrzekł się wiary i
powrócił do ciemności judaizmu. Ale ona ufając dobroci i wszechmocy
bożej nie wierzyła temu, a nie mogąc wytrzymać sama w tym ogromnym,
zimnym Paryżu, schroniła się do Lyonu, gdzie serca pobożne otoczyły
ją współczuciem i gdzie codziennie żal swój koiła u stołu pańskiego,
u jedynego źródła pociechy. Wielu z was widziało tę biedną matkę w
tym kościele, gdy łzami zalana szła po pokarm niebiański i
pokrzepiała się połączeniem ze swym Jezusem, dla miłości którego
cierpiała rozłączenie z ukochanym dzieckiem.
Po kilku miesiącach dostaje z
głębi Niemiec wezwanie:
„Przyjedź, twój syn jest tutaj!"
Natychmiast puszcza się w drogę i
przebiega 250 mil, aby się z dzieckiem połączyć. Wysiadając z powozu
pyta rodziny:
„Gdzie mój syn? oddajcie mi go!"
„Twe dziecko dopiero zobaczysz, gdy
przysięgniesz wobec Boga, że go wychowasz w wyznaniu żydowskim i że
sama niczym nie pokażesz, żeś wiarę katolicką przyjęła".
„Czy rozumiecie dzieci drogie, okropne
położenie tej biednej matki?"
„Po kilku tygodniach ciężkiej walki i
bolesnych przejść serce ojca daje się zmiękczyć i pozwala na
widzenie się matki z dzieckiem w swej obecności pod warunkiem, że
ani wzmianki nie będzie o religii. Spotkanie to miało miejsce 11
maja w Harburgu, w domu wuja Jerzego. Dziecko rzuciło się matce na
szyję z głośnym płaczem. Przez krótki czas widzenia się wobec kilku
świadków nie mogła matka zapytać dziecka, co się w sercu jego
działo, ale pisała do mnie zaraz potem, że poznała, uczuła w
uściskach Jerzego, iż wiary się nie wyparł, że stale trwa w swych
przekonaniach.
Słodko było dziecku zobaczyć matkę; ale
to do szczęścia jego nie wystarczało! On, nawrócony widokiem
Eucharystii, pragnął i łaknął tego pokarmu anielskiego, a tymczasem
pilnie strzeżony już od sześciu przeszło miesięcy, nie mógł nim
nasycić swej duszy... co więcej! w kraju, gdzie srogie cierpiał
wygnanie, ani kościoła, ani księdza katolickiego nie było.
Jeszcze kilka smutnych,
długich miesięcy ubiegło. Wreszcie wśród lata – był to koniec
Sierpnia– Jerzy wybiega raz niepostrzeżony z zakładu i niespokojny,
wzruszony krąży po przyległym lasku. Nie motyli on szuka, ani
kwiatów.. widocznie kogoś oczekuje. Po chwili przechodzi poważny
mężczyzna czarno ubrany i przypatruje się uważnie Jerzemu. To on! to
ksiądz katolicki, którego wyszukała matka biednego chłopczyny i
przysłała w to odludne miejsce spotkania. Misjonarz przebrany, niby
przypadkiem przechadzał się po lesie, ale Jerzy był naprzód
ostrzeżony i wreszcie po dziesięciu miesiącach mógł po raz pierwszy
wyspowiadać się! Wystawcie sobie jego radość! ale to nie wszystko!
jakże przyjąć Komunię świętą?... Misjonarz musiał powrócić do
miejsca pobytu z tamtej strony Elby. Ale po kilku dniach znowu
wsiada na statek. Na szyi zawieszoną ma maleńką puszkę, w której
zamknięty skarb nieba i ziemi. Przebrany, nikt go nie poznaje; i
ciemne tłumy ludu, w pośród których przechodzi, nie wiedzą, te są w
obecności Boga żywego!... W pokoiku matki Jerzego przygotowany
ołtarzyk; dziecko ucieka potajemnie z zakładu, biegnie do matki i
tam oboje klękają, czekając, w niemej modlitwie pogrążeni, na Chleb
żywota. Nareszcie ksiądz przybywa, z niebezpiecznej wyprawy wyszedł
szczęśliwie i udziela boskiego pokarmu spragnionemu dziecku i
szczęśliwej matce.
W kilka dni potem pisał do
mnie Jerzy: „Gdy się w nocy obudzę, mój drogi Wuju, i gdy pomyślę o
tych łaskach szczególnych, jakimi mnie Jezus obsypał w tym dalekim i
niekatolickim kraju, a mianowicie o tej Komunii św., przyjętej
prawie cudownym sposobem w pokoiku Mamy, nie posiadam się z radości
i ledwo wytrzymać w łóżku mogę, tak mnie wdzięczność ku Bogu
porusza!"
„Jeszcze w kilka miesięcy potem pisze:
„Już prawie Wilia Bożego Narodzenia, a mnie strzegą coraz pilniej,
abym przy tej uroczystości nie mógł do Sakramentów św. przystąpić!
Czyż będę pozbawionym w te piękne święta Chleba Żywota? Módlcie się
za mnie do Dzieciątka Jezus, aby mój post ustał!. Muszę być bardzo
grzeczny, aby Mamie wynagrodzić, że nie może bywać na kazaniach Wuja
w Lyonie..."
„Widzicie więc moje drogie
dzieci, że w tej chwili, kiedy ja tu do was mówię, ten biedny
chłopczyna w oddaleniu 250 mil myśli o nas, łączy się z nami i prosi
o nasze modlitwy. Błagajmy Święte Dzieciątko, aby raczyło nawiedzić
go niedługo w Komunii św...."
Tu się kończy opowiadanie O. Augustyna.
Dziecko tak prześladowane, zostało wreszcie oddane matce i odtąd już
się nie rozdzielili. O. Augustyn spotkał się z nim dopiero w r.
1859, w trzy lata po ochrzczeniu go, ale nie przestał w ciągu tego
czasu listami go podtrzymywać, wlewając otuchę w młode serce.
Zwłaszcza w każdą rocznicę Chrztu i Komunii św. pisze do Jerzego
zachęcając, aby „dziękował najdroższemu Zbawcy za dar wiary i dar
wytrwania, łaski tak wielkie, że wszystkie dobre uczynki świętych i
męczenników nie mogą same przez się ich wysłużyć, gdyż to są dary
zupełnie niezasłużone, których Bóg ze szczodrobliwości swojej nam
udziela.
„Widzę jeszcze – pisze w innym liście –
ten ołtarz, przy którym cię ochrzciłem, przy którym dałem ci
Jezusa!... To są węzły nierozerwalne, wszak prawda, to są
wzruszenia, o których nigdy się nie zapomina?..., O nie, nigdy,
nigdy nie zapomnijmy o tym, co Jezus i Maryja dla nas uczynili!"
Nie tylko O. Augustyn pobudzał
siostrzeńca do wdzięczności ku Bogu, ale i do apostolstwa względem
najbliższych swoich. „Chcę – pisze – abyś utrzymywał jak
najserdeczniejsze stosunki ze wszystkimi Stryjami twymi tak, aby w
razie danym móc na nich wpłynąć. Będąc zatopieni w pracy i
interesach, nie mają tego spokoju duszy, w pośród którego Bóg mówi i
bardzo potrzebują. dobrego wpływu. To jest misja, którą ci daję,
zalecając przy tym unikanie wszystkiego, co pachnie prozelityzmem.
Młody człowiek jak ty powinien być bardzo ostrożny w dawaniu rady...
choć w naszym wieku, dobry chrześcijanin w świecie, łatwiej trafi do
serc, niż bardzo często kapłan..." W końcu dodaje, że jego
nawrócenie nie było bez wpływu na stryja Alberta.
Bóg bowiem dał tę wielką
pociechę O. Augustynowi, iż przyjął do Kościoła starszego brata
swego, p. Alberta Cohen; udzielił mu Chrztu św. w Harburgu d. 19
Maja 1862 r., a gorliwy neofita, chcąc się odwdzięczyć Bogu za tę
łaskę, wystawił niemal wyłącznie swym kosztem kościół w tym mieście,
które do tej chwili nie miało nawet kapliczki katolickiej. Tak więc
Harburg zawdzięcza rodzinie Cohen ogromne dobrodziejstwo.
O. Augustyn kochał serdecznie
swych najbliższych i nie przestał z nimi utrzymywać serdecznych
listownych stosunków. Listy zwłaszcza do nawróconego brata, do
bratowej i ich dzieci tchną tą żywą i gorącą wiarą, którą w stosunku
z nimi mógł swobodniej wylewać w poufnych zwierzeniach. Dziwić się
można, iż W pośród tylu prac i nieustających podróży znajdywał czas
na liczne i długie listy do bratanków i siostrzenic. Ale to o dusze
chodziło! o wydoskonalenie i uświęcenie tych dusz zdobytych dla
Boga, a wówczas dla O. Augustyna nie było niepodobieństwa.
Wspomnijmy jeszcze o ojcu
Hermana. Tak jak jego matka umarł niestety w błędach judaizmu. Po
nawróceniu syna nie chciał go więcej widzieć, a nawet przeklął i
wydziedziczył. Tak rzeczy stały przez lat 12. Gdy zachorował
śmiertelnie w r. 1859, serce ojcowskie żywiej zabiło i kazał napisać
do O. Augustyna, iż mu przebacza i pragnie jeszcze zobaczyć.
Natychmiast tenże podążył do umierającego ojca. Po kilku dniach
przekonał się jednak, że wszelkie usiłowania, by tę duszę zbłąkaną
oświecić, będą daremne. Stosunek był serdeczny między ojcem a synem,
ale zatwardziałość bez ratunku. Prawie ostatnie słowa ojca do
Hermana były następujące:
„Przebaczam ci trzy wielkie twoje winy:
żeś został katolikiem, żeś siostrę nawrócił i siostrzeńca ochrzcił".
Śmierć ojca w takim
usposobieniu była tym boleśniejsza dla O. Augustyna, iż jeszcze nie
był odebrał listu, który przytaczaliśmy, dający mu nadzieję co do
zbawienia duszy matki. Mógł więc wówczas myśleć, że nigdy z
rodzicami nie spotka się w szczęśliwej wieczności. W parę miesięcy
potem dopiero wlał Bóg w jego zbolałą duszę pociechę za
pośrednictwem pobożnej swej służebnicy, a w roku następnym
nawrócenie brata tę pociechę jeszcze powiększyło.
[Część 1] [Część 2]
[Część 3]
[Góra]

Przypisy:
List z d. 12 czerwca 1850.
Formuła ta kończy się przyrzeczeniem nie ubiegania się o godności
kościelne i przyjęcie ich tylko w razie wyraźnego rozkazy Stolicy
św.
Zamiast 6 do 7 lat, tylko 2 lata i kilka miesięcy był na studiach,
Napisz do Marii-Teresy, autorki strony
|